Dzisiejszymi pojedynkami w Lidze Europy spokojnie można by obsadzić najwyższe szczeble rywalizacji w rozgrywkach Ligi Mistrzów. To, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia, dziś jest rzeczywistością. „Puchar pocieszenia” staje się atrakcją dla czołowych europejskich zespołów. Skąd jednak taka, dobra dodajmy, zmiana?
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to zapewne chodzi o pieniądze. Łatwo jednak rzucić w internetową przestrzeń tak lotne hasło, które z prędkością błyskawicy dotrze do odbiorców. Może jednak warto byłoby sięgnąć do rachunkowych ksiąg ważniaków z UEFA i sprawdzić, co w piłkarsko-finansowej trawie piszczy.
Market Pool
Każdy zespół, który bierze udział w rozgrywkach czy to Ligi Mistrzów, czy Ligi Europy, ma zagwarantowane pieniądze i nie mówimy tutaj o małych kwotach. Na sumę zysków klubu w europejskich rozgrywkach składa się kilka istotnych czynników:
- Premia za udział
- Premia za mecz
- Premia za osiągnięcia
- Market Pool
O ile pierwsze trzy punkty są dość oczywiste, o tyle ten ostatni może być pewną zagwozdką nie tylko dla laików, ale także dla tych, którzy są piłkocentryczni. Więc, o co z tym Market Poolem chodzi?
Media, czyli słynna IV władza, sięgają swoimi mackami niemalże do każdej dziedziny codziennego życia. Nie inaczej jest w przypadku futbolu. Ilość pieniędzy, które dany klub jest w stanie „wyciągnąć” z Market Pool, zależy w głównej mierze od potencjału rynku medialnego w danym kraju.
Anglia, Niemcy, Francja – hegemoni, jeśli chodzi o zdobywanie pieniędzy z tytułu Market Pool. Ponad 50% zysków klubów z tych państw to pokłosie rozwiniętego systemu medialnego. Im więcej ludzi chce oglądać np. Manchester United w angielskiej telewizji, tym więcej pieniędzy trafia do portfeli włodarzy z Old Trafford. Z racji tego, że sportowe media na Wyspach na brak widzów narzekać nie mogą, liczba zer na kontach europejskich ambasadorów brytyjskiego futbolu wciąż się zwiększa.
Skoro już wiemy, czym jest rzeczony Market Pool, pora wrócić do sedna sprawy. Jak to z tą Ligą Europy jest. Czy klubom opłaca się walczyć o zwycięstwo w tych rozgrywkach? Sprawdźmy!
Słowo klucz – progres
„Cały czas do przodu” – tak jeden z polskich kabaretów parodiował niegdyś Jacka Krzynówka i abstrahując od kompletnie żenującego, w opinii autora tego tekstu, poczucia humoru, w przypadku Ligi Europy i jej kapitału to stwierdzenie jest jak najbardziej adekwatne. Od sezonu 2009/2010, gdy UEFA postanowiła wystartować z tymże projektem, jesteśmy świadkami sukcesywnego wzrostu finansowego potencjału rozgrywek. Ale szkoda sobie strzępić język, skoro wszystko można w bardzo przystępny sposób przedstawić na grafice.

Jak na dłoni widać, że rok po roku, sezon za sezonem pieniędzy w Lidze Europy jest coraz więcej. Porównując pierwszy sezon (09/10) do trwającego (15/16), możemy zauważyć, że suma wzrosła o ponad 150%! Taki progres musi przyciągać nie tylko wzrok, ale także uwagę klubów, które wcześniej uważały LE za brzydką siostrę rozchwytywanej Ligi Mistrzów.














