Piast Gliwice po meczu z Olimpią Elbląg dopisał do swojego dorobku trzy punkty, które wywindowały ten zespół na pierwsze miejsce w tabeli I ligi. Styl tego zwycięstwa pozostawił jednak wiele do życzenia.
Piast już przed meczem był w niezwykle komfortowej sytuacji. Gliwiczanie wiedzieli, że w przypadku zwycięstwa awansują na pierwsze miejsce w tabeli. Od początku spotkania ciężko na ten sukces pracował Ruben Jurado, który świetnie wywiązywał się nie tyle z roli napastnika, ile z zadań związanych z rozgrywaniem akcji. Jedno dokładne dośrodkowanie i świetne prostopadłe podanie w pierwszym kwadransie wykreowały go jako najjaśniejszego aktora tej części meczu. W 16. minucie zupełnie niespodziewanie przed szansą otworzenia wyniku stanęli elblążanie. Błąd Klepczyńskiego sprowokował sytuację strzelecką Michaiłowi Koladko, lecz jego strzał zza pola karnego był zbyt lekki, by zaskoczyć Dariusza Trelę.

W dalszej części meczu piłkarze Piasta popełnili masę błędów, z których zawodnicy Olimpii nie potrafili skorzystać. Strata piłki na własnej połowie przez Radosława Murawskiego zakończyła się niecelnym strzałem Lubenowa. Z kolei po fatalnym błędzie Klepczyńskiego Bartłomiej Bartosiak nawet nie zdołał oddać strzału, poślizgnął się bowiem na murawie.
W drugiej połowie kandydat do awansu wciąż nie potrafił zmobilizować się na tyle mocno, by przejąć inicjatywę w meczu z outsiderem. Elblążanie szukali okazji do zdobycia gola strzałami z dystansu. W 52. minucie właśnie tym sposobem szczęścia szukał Banasiak, jednak Trela był na posterunku. Chwilę później Piast ruszył do ofensywy. Akcja pięciu na dwóch skończyła się rzutem rożnym, lecz po dośrodkowaniu ze stałego fragmentu gry na listę zdobywców bramki po strzale głową wpisał się Wojciech Kędziora.
Piast był już w tym momencie pewny zwycięstwa. Piłkarze tego klubu byli przekonani, że cokolwiek się wydarzy rywale nie będą w stanie zrobić im krzywdy. W 69. minucie stało się coś absolutnie niewytłumaczalnego. Gliwiczanie pozwolili przeciwnikom na zbyt wiele, ci przeprowadzili akcję, po której piłka wylądowała pod nogami Kołosowa i Chałasa w odległości metra od pustej bramki. Dwaj napastnicy przeszkodzili sobie wzajemnie i niewykorzystali stuprocentowej sytuacji, potwierdzając tezę, że cokolwiek by się nie działo, Olimpia nie będzie w stanie skrzywdzić gospodarzy. A okazje do wyrządzenia krzywdy jeszcze były. Najlepszą widzieliśmy w doliczonym czasie gry. Goniąca wynik Olimpia zaatakowała na hurra. Po rzucie rożnym powstało ogromne zamieszanie, które wywołał Tomasz Bzdęga. Elblążanin strzelał głową z czterech metrów, ale to okazało się zbyt daleko, by trafić do bramki.











