Rosnący dystans dzielący Manchester City od liderującego Liverpoolu rodzi coraz więcej pytań. Na Etihad Stadium problemów nie brakuje, a na razie niewiele wskazuje na to, by nagle miało być lepiej. Po derbowej porażce w sukces wątpić zaczął nawet Pep Guardiola. Tak jakby pomysł hiszpańskiego menedżera na „The Citizens” już się wyczerpał. Czy to jednak tylko desperacka próba zmotywowania podopiecznych czy powolne akceptowanie rzeczywistości?
W trakcie dwóch poprzednich sezonów Manchester City zdominował piłkarską Anglię. Wygrywał co chciał, jak chciał i z kim chciał. Poza Liverpoolem, który w batalii o mistrzowski tytuł niespodziewanie dotrzymywał w minionej kampanii kroku „The Citizens”, reszta stawki tworzyła tylko marne tło. Mimo worka pełnego trofeów Pep Guardiola grzmiał, że media niewystarczająco doceniają osiągnięcia zespołu z Etihad Stadium. Miał rację. Fantastycznych rezultatów być może nie doceniali nawet sami kibice Manchesteru City. Jeśli tak, to w obecnej kampanii zaczęli. Dlatego, że najczęściej doceniamy coś, gdy już to stracimy.
Każdy chce bić hegemona
Mało kto przypuszczał, iż tak szybko do tego dojdzie. Owszem, moment wypalenia, nasycenia sukcesami na krajowym podwórku musiał nadejść. Podobnie jak passa Realu Madryt w Lidze Mistrzów dobiegła końca, tak samo panowanie „The Citizens” w Anglii kiedyś miało ujrzeć zmierzch. Tyle że po uzbieraniu w ciągu dwóch poprzednich sezonów łącznie 198 punktów w Premier League wydawało się, że jednak jeszcze nie teraz.
Podobnie najprawdopodobniej myśleli na Etihad Stadium. Latem Manchester City praktycznie (z małymi wyjątkami) przespał letnie okno transferowe. Brak nowych graczy żądnych sukcesów szczególnie w ofensywie brutalnie daje o sobie znać. „The Citizens” rzadko przypominają już buldożer z minionych kampanii, który niszczył rywali. Obecnie to bardziej zardzewiała maszyna, z której w dodatku ktoś spuścił paliwo.
Pep Guardiola nie przygotował się na podobny obrót wydarzeń. Postawienie na zgrany kolektyw nie przyniosło pozytywnego efektu. W przypadku niekorzystnego wyniku Manchester City już nie taranuje drogi do bramki rywali, za wszelką cenę dążąc do zmiany rezultatu. Nie, w bieżącym sezonie w atakach podopiecznych hiszpańskiego menedżera często widać zwątpienie. Brak przekonania, że kolejne działania przyniosą efekt. Mentalność zwycięzców, dzięki której „The Citizens” nierzadko wygrywali już w szatni, odeszła, a słabość dojrzeli rywale. Hasło „bij mistrza” z hukiem weszło w życie.











