Sobota kończy się nieubłaganie, już tylko kilka minut do zakończenia dnia, zatem czas na podsumowanie soboty w hiszpańskim futbolu. Nikt z sympatyków tej ligi nie powinien narzekać, bo było dużo tego, co każdy kocha, czyli goli.
Standardowo mecze w dniu dzisiejszym rozpoczęły się o godz. 20:00 i 22:00, jednak tym razem o 20:00 wybiegły na boiska aż cztery ekipy, a nie dwie, jak to bywa zazwyczaj.
Villarreal – Getafe 3:3
Mecz ten miał być przygotowaniem emocjonalnym do spotkania o dziesiątej wieczorem, lecz wszyscy potraktowali go na 100% i dzięki temu był tak wysoki wynik.
Getafe po ostatniej wygranej 3:1 w małych derbach Madrytu z Realem zapowiadało, że jedzie tutaj po 3 punkty. Początek meczu, jak i praktycznie cała pierwsza połowa, był dominacją madrytczyków, a zarazem potwierdzeniem założeń klubu. Żółta Łódź Podwodna praktycznie wcale nie istniała. Podopiecznym Victora Munoza wychodziło właściwie wszystko, cała drużyna błyszczała, czego dowodem były 3 gole jeszcze przed przerwą.
Już w 10. minucie wynik otworzył Granero i po raz pierwszy Diego Lopez musiał wyciągać piłkę z własnej bramki, jednak kolejny cios padł 7 minut potem, gdzie kolejny raz bramkarz z Villarrealu musiał skapitulować, tym razem po strzale Gavilana. Podopieczni Manuela Pellegriniego próbowali odpowiedzieć jak najszybciej, jednak na nic się to zdało, bo po raz kolejny musieli wyciągać piłkę z własnej siatki, gdy trzeciego gola dla przyjezdnych w 28. minucie zdobył Casquero.
Z takim wynikiem mecz utrzymał się do przerwy. W szatni trener Villarrealu musiał jakimś cudem przemówić do swoich zawodników, gdyż w drugiej odsłonie meczu grali oni już całkiem inaczej.
Po dziesięciu minutach pierwszego gola po zamieszaniu w polu karnym strzelił Pires. Przy próbie wybicia przez bramkarza Getafe piłka odbiła się od niego i powędrowała do siatki. W tym momencie pojawiło się małe światełko dla zawodników żółtych barw. Obie ekipy nacierały na siebie przez kolejne 30 minut, a gdy goście byli już prawie pewni wygranej, nadszedł dla nich kataklizm.
Najpierw w 82. minucie kontaktowego gola zdobył Eguren, a 3 minuty później wyrównał Rossi. To było dla ekipy ze stolicy czymś nie do wyobrażenia. Na pewno wielu po tym meczu przypomniał się finał Ligi Mistrzów z 2005 roku, kiedy to Liverpool z Dudkiem w bramce przegrywał do przerwy 3:0, a przez kolejne 45 minut doprowadził do wyrównania, by ostatecznie wygrać po serii rzutów karnych. Ten mecz zakończył się remisem 3:3, jednak na pewno nikt nie będzie narzekać na brak emocji w tym spotkaniu.
Sporting – Atletico 2:5
W drugim spotkaniu rozgrywanym o tej porze była konfrontacja Sportingu Gijon z Atletico Madryt.
Murowanym faworytem tego spotkania była, wiadomo, ekipa ze stolicy. Podopieczni Javiera Aguirre tydzień temu wygrali z Racingiem 4:1 i z pewnością przystępowali do tego spotkania z małym dystansem. Z kolei gospodarze w ostatniej kolejce również wygrali na wyjeździe z Espanyolem 0:1.
Zimnym prysznicem dla gości był gol Bilicia już w 4. minucie spotkania, jednak faworyci się sprężyli i minutę później było już po golu Agüero. Ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę 5 minut przed końcem pierwszej odsłony meczu i tym samym wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie.










