Do końca ligowych rozgrywek pozostały cztery kolejki. Real czeka trudna przeprawa, droga do mety wiedzie bowiem przez Sewillę i Walencję. Bez dwóch zdań, końcówka sezonu nie mogła być trudniejsza. Tym bardziej że Real pozostaje bez swojego silnika – Luki Modricia. Tak to jest z najlepszymi zawodnikami, że z nimi gra się po prostu łatwiej. Wydawałoby się, że w kadrze nie ma nikogo, kto upraszczałby zdobywanie punktów. Do czasu. Od teraz od momentu kontuzji Chorwata całe madridismo zawierzyło sezon w ręce Jamesa Rodrigueza.

Na początku przyznam się, że nie wierzyłem. Jamesa znałem pobieżnie, raz natknąłem się na powtórkę jakiegoś gola, potem na składankę umiejętności Kolumbijczyka. Dopiero na mundialu Rodriguez okazał się całemu światu w roli lidera reprezentacji „Los Cafeteros”. Gole przeciwko Urugwajowi i Japonii pamięta każdy. Zażartą walkę z Brazylijczykami również. Przeciętny kibic, który ogląda piłkę nożną tylko, jak pokazują ją w publicznej telewizji, mógł powiedzieć wow. James to naprawdę kawał piłkarza. Gra w Monaco? Co to za klub? Powinien grać w lepszym, na przykład Realu Madryt. Ci, którzy obserwują królewski klub i wiedzieli, jaka sytuacja panuje w drużynie, nie mogli godzić się na taki transfer. Po dublecie „Blancos”, którego głównym architektem był Angel Di Maria, w drużynie nie było miejsca dla Jamesa. Nikt nie chciał zastąpić genialnego Argentyńczyka, który w końcówce sezonu grał na kosmicznym poziomie. Ale gdy do gry wkroczyła arogancja „Anioła”, sprawa była przegrana. Za duże wymagania finansowe względem klubu spowodowały, że Argentyńczyk musiał opuścić Santiago Bernabeu. Kibice zaś musieli powitać na Concha Espina Jamesa Rodrigueza.
Sam transfer przyniósł wiele szydery i negatywnych opinii. Kolejna zabawka Pereza, maszynka do zarabiania pieniędzy. Pojawiały się informacje o kontrakcie na budowę autostrad, który parafował Florentino Perez. Ach, więc to tak, mówili ludzie. Jak wspomniałem wcześniej, nie byłem entuzjastą przyjścia do drużyny Rodrigueza. Tym bardziej jeśli miało się to odbyć kosztem Angela. Przed oczami miałem obraz Argentyńczyka, który otwiera golem finał Pucharu Króla i asystuje przy finałowym golu Bale’a w Lizbonie. Uważałem, że transfer Kolumbijczyka tylko komplikuje sytuację w drużynie, a za przyjście Rodrigueza przepłacono. Co z Isco, który przyszedł tu tworzyć historię. James przychodził tu tylko w nagrodę za dobry mundial.

Ale to właśnie czar piłki. Ta przewrotność i ten protest przeciwko wydawanym pochopnie opiniom. Stałem się jamesistą. Rodriguez już dawno wytrącił mi wszystkie karty z ręki, ale dopiero niedawno to przyznałem. Dawno nie poczułem się tak źle, oceniając jakiegoś piłkarza. James po niemrawym początku w drużynie z meczu na mecz stawał się coraz bardziej kluczowy dla „Królewskich”. W układance Ancelottiego Rodriguez zaczął odgrywać jedną z głównych ról w linii pomocników. Pozycję na boisku zdobył kosztem Isco, który musiał obserwować kolegę z drużyny z perspektywy ławki. Jak to mówią, takie pieniądze muszą grać. Ale u trenera liczą się umiejętności, a tych z pewnością „10” Realu nie brakuje.











