Stało się. Rozgrywki Ligi Europy dobiegają końca. Przed nami już tylko jedno, decydujące spotkanie. Na stadionie w Bukareszcie Atletico Madryt zmierzy się z Athletikiem Bilbao.
Wydawało się, że hegemonia futbolu w wydaniu hiszpańskim osiągnie swój punkt krytyczny i że po spektakularnych sukcesach reprezentacji także klubowe rozgrywki europejskie zdominują piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego. Udało się połowicznie. Zawiedli bowiem ci, którzy wymieniani byli w gronie największych faworytów Ligi Mistrzów: Barcelona i Real. Znacznie lepiej poradzili sobie za to średniacy, którzy bezsprzecznie zdominowali rozgrywki Ligi Europy: Atletico Madryt i Athletic Bilbao. Teraz o końcowy triumf powalczą między sobą.
Droga do finału obu drużyn była nieco różna, choć na pewno więcej nerwów stracili w międzyczasie sympatycy Athleticu. Drużyna z Bilbao w fazie pucharowej konsekwentnie rozgrywała spotkania pełne dramaturgii, prezentując przy tym futbol niezwykle atrakcyjny. Po drodze Baskowie wyeliminowali Lokomotiv Moskwa, Manchester United, Schalke Gelsenkirchen i wreszcie dobrze znany polskim kibicom Sporting Lizbona. O tym, jak zacięte były to spotkania, niech świadczy fakt, że aż trzykrotnie Baskowie zmuszeni byli odrabiać straty. Szczególnie spektakularne okazało się wyeliminowanie podopiecznych Aleksa Fergusona, którzy po odpadnięciu z Ligi Mistrzów wydawali się pewnym kandydatem do gry w finale. Tak się jednak nie stało, a oszołomiony zwycięstwem Athletic uświadomił sobie, że wielki sukces jest tak bliski jak nigdy dotąd. Pozostał jeszcze tylko jeden mały, a zarazem jakże wielki, krok.
Znacznie mniej emocji dostarczyły mecze Atletico, które z żelazną konsekwencją odprawiało kolejnych rywali, imponując skutecznością. To niebywałe, ale stołeczna ekipa wygrała w fazie pucharowej wszystkie (!) spotkania, z kwitkiem odprawiając kolejno: Lazio, Besiktas, Hannover i w końcu Valencię. W ośmiu spotkaniach podopieczni Diego Simeone zdobyli aż 19 bramek, tracąc zaledwie 6. Wynik doprawdy imponujący. Na nic jednak zda się ten fantastyczny bilans, jeśli w finale Atletico nie znajdzie recepty na rywala. Któż zatem jest faworytem w tej konfrontacji? Jak to zwykle bywa w przypadku finałów, nikt.
Słów kilka trzeba wspomnieć o szkoleniowcach obu drużyn, którzy znacząco wpłynęli na postawę swoich zawodników. W tym zestawieniu palmę pierwszeństwa obejmuje Marcelo Bielsa, który dokonał prawdziwej rewolucji w filozofii futbolu Basków. Athletic nie ogranicza się już tylko do dośrodkowań na głowę rosłego Fernando Llorente. Teraz spektrum działań jest znacznie większe. Imponować może zwłaszcza paleta różnorodnych zagrań, akcji kombinacyjnych, gra skrzydłami, nowinek taktycznych, etc. Bielsa ma jednak odpowiednich wykonawców. To w końcu pod jego wodzą na pierwszoplanowe postaci wyrośli: Javi Martinez, Iker Muniain i Andoni Iraola. Już teraz spekuluje się zresztą, że dla wspomnianej trójki (w pakiecie z Llorente) finał w Bukareszcie może być ostatnim w barwach Athleticu. Ewentualny sukces plotki te znacząco uprawdopodobni.
Po drugiej stronie mamy Diego Simeone, którego obsesją jest żelazna konsekwencja w działaniu i dyscyplina taktyczna zespołu. Argentyński szkoleniowiec dużą wagę przywiązuje do skutecznej defensywy swojej drużyny, co udowadniają statystyki w obecnym sezonie. Atletico w bieżących rozgrywkach straciło raptem 46 bramek, co jest (wyłączając dwóch hiszpańskich gigantów) trzecim wynikiem w lidze. Akcenty w drużynie rozłożone są jednak znakomicie, ponieważ w ofensywie szaleją chociażby: Diego, Adrian i Arda Turan. Na szpicy grasuje natomiast prawdziwy lis pola karnego, Radamel Falcao, który stanie przed niepowtarzalną szansą wywalczenia rok po roku trofeum za wygraną w Lidze Europy. Przed rokiem jego trafienie w finale LE zapewniło puchar FC Porto.










