Charakter i osobowość trenera przekładają się niemal zawsze na jego zachowanie podczas meczu, reakcje na ławce czy przy końcowej linii. Z kolei na konferencjach prasowych, w kontaktach z mediami i kibicami bywa już z tym różnie. Można wskazać niewiele przykładów szkoleniowców, którzy tworzą swoiste alter ego dla swojego zawodu. Obecnie, w dobie wszechobecnej profesjonalizacji, mamy bardzo często do czynienia z charakterystyczną „cenzurą”, przez którą rzadko mogą przedostać się ciekawostki, niuanse, tzw. kuchnia pracy trenerskiej.
Czy konferencje prasowe są w ogóle komuś potrzebne?
Zwykle przepełnione masą nudnych, oklepanych, pustych sloganów i frazesów. W zależności od końcowego rezultatu – radością ze zwycięstwa, poszanowaniem rywala oraz złością w przypadku przegranej, doszukiwaniem się pozytywów na siłę. „Zagraliśmy tak, jak przeciwnik pozwalał”, „Graliśmy dość dobrze w pierwszej połowie, ale w drugiej zabrakło nam szczęścia”, „Popełniliśmy kilka błędów w końcówce i to one zaważyły na naszej porażce, „Musimy skupić się na przygotowaniu do kolejnych spotkań” – zdaje się, że skądś już to wszyscy znamy.
Co warte zauważenia, trenerzy oraz piłkarze postrzegają konferencje prasowe zwykle jako zło koniecznie, coś narzuconego, co należy jak najszybciej odklepać i zająć się ciekawszymi zajęciami. Takie podejście skutkuje tym, że wszystkie konferencje wyglądają niemal identycznie. Na ich bezsensowność wpływa również to, że żaden z dziennikarzy nie chce zadawać ciekawszych, głębszych pytań, wchodzić w polemikę, bo ewentualne odpowiedzi trafią nie tylko do niego, ale też do szerszego grona odbiorców i każdy będzie mógł użyć ich w swojej relacji czy kolejnym newsie. Co za tym idzie, lepiej dążyć do wywiadów na wyłączność, wykazać się swoimi kontaktami.
Niestety, obecnie da się zaobserwować również pewien inny trend: trenerzy coraz rzadziej udzielają wywiadów prasowych. O ile zdecydowanie łatwiej o kontakt z zawodnikami, o tyle ich szkoleniowcy zaczynają ograniczać się wyłącznie do konferencji prasowych organizowanych przez klub czy reprezentację. Przykładem takiego selekcjonera jest Adam Nawałka. Na szczęście są również trenerzy, którym trzeba dziękować za to, że pokazują się tylko na konferencjach.
Jose Mourinho – „The Special One”
Nie wypada rozpocząć poszukania takich przykładów od kogoś innego niż Portugalczyka. Człowiek, którego charyzma, sposób bycia mają tyle samo zwolenników co przeciwników. Człowiek, który budzi skrajne emocje — albo się go kocha, albo nienawidzi. W kontaktach z mediami zawsze gotów na ciętą ripostę czy zabójczą pointę. Jose Mourinho, który był marnym piłkarzem, urodził się po to, żeby być trenerem i jednocześnie showmanem. W prowadzonych przez niego klubach uwaga mediów skupia się przede wszystkim na nim, ułatwia to z pewnością zdjęcie presji z jego podopiecznych, co ułatwia im grę. Jest człowiekiem mającym alter ego w wykonywanym przez siebie zawodzie, natomiast w prywatnym życiu jest podobno kompletnie inny.
„The Special One” miłości do futbolu nauczył się od ojca, byłego bramkarza, a także trenera kilku portugalskich zespołów. Felix Mourinho wspominał: „Kiedy miał 13 lat, zostałem szkoleniowcem i musiałem dużo podróżować. Zawsze znajdował sposób, żeby dotrzeć na mój mecz – autobusem czy ciężarówką przewożącą ryby. Siadał za ławką i dyrygował chłopcami do podawania piłek. Czasem prosiłem go, by biegł na drugi koniec boiska i przekazywał instrukcje taktyczne piłkarzom, więc kontakt z futbolową strategią miał w bardzo młodym wieku. W wieku 16 lat powiedział mi, że chce być trenerem. Oglądał zespoły, z którymi miała grać moja drużyna, robił notatki i przekazywał mi je, co było bardzo pomocne”.











