Według Czesława Michniewicza może być polskim Stevenem Gerrardem. Porównywany jest także do innego sportowego herosa – Lance’a Armstronga. Ma dopiero 19 lat, w tym roku zdawał maturę, a zdążył rozegrać już swój mecz życia. Mecz o najwyższą możliwą stawkę – dalszą egzystencję. Zdołał wygrać z rakiem. Choć lekarze napisali dla niego scenariusz, w którym próżno było szukać sportowych aspektów on wrócił na zieloną murawę i powoli wyrasta na lidera gdyńskiej Arki. Trójmiejscy kibice z uwagą przypatrują się jego poczynaniom. Od mundialu w Hiszpanii, a więc od 1982 roku, z Arki do kadry nie trafił żaden zawodnik. Czy Marcin Budziński jest w stanie przełamać tę niechlubną passę?
Ludzie, którzy zdołali wyjść cało z opresji, cudem uniknęli śmierci, pokonali ciężką chorobę, mawiają, że wygrali los na loterii, że dostali od życia drugą szansę, powrócili, by wypełnić swoją ziemską misję. Motywacja, by udowodnić coś światu, sobie, losowi, jest trudna do pojęcia dla zwykłego śmiertelnika. Najlepiej odzwierciedla to casus Lance’a Armstronga. Amerykański kolarz, który zmagał się z rakiem, wygrał, po czym wrócił na szosę. Dzięki niewyobrażalnej wręcz determinacji, woli walki, wyrzeczeniom, wysiłkowi, który dla wielu rozpatrywany jest w kategorii tych ponad ludzkie siły siedmiokrotnie triumfował w Tour de France, wieloetapowym, najtrudniejszym na świecie wyścigu kolarskim. Co ciekawe, aktualnie również ściga się w 96. edycji „Wielkiej Pętli”. Podobnego rodzaju determinacja, niezłomność i wiara sprawiły, że na sportową ścieżkę zwycięsko powrócił również Marcin Budziński. – Grałem mecz w Młodej Ekstraklasie, gdy nagle poczułem potworny ból żołądka. Wylądowałem w szpitalu, gdzie przeszedłem operację, a badania próbki wykazały, że to złośliwy nowotwór. Od razu zacząłem czytać książki na ten temat, które dodały mi nadziei. Natychmiast zacząłem chemioterapię.

Tego typu informacja w tak młodym wieku potrafi wprowadzić w stan apatii nawet człowieka z mocną psychiką, jednak jak się okazało Marcin odnalazł w sobie taką ilość pozytywnej energii, by stanąć w opozycji do złych wieści i przeciwstawić się chorobie. – To było przerażające, ale powiedziałem sobie: nie poddawaj się, możesz wygrać tę walkę. Podjął rękawicę rzuconą przez los i odwrócił jego koleje na swoją korzyść. Dlatego też nikogo nie powinno dziwić, że piłkarza gdyńskiej Arki nazywa się „Polskim Armstrongiem”, gdyż sportowcy ci dokonali rzeczy podobnego kalibru.
Najszczęśliwszy człowiek na ziemi
Młodzieżowy reprezentant Polski już u progu kariery musiał przejść najcięższą próbę, jaką można sobie wyobrazić. Fakt zwycięstwa z chorobą sprawił, że stał się jeszcze mocniejszym psychicznie człowiekiem. – – tak popularny „Budzik” opisywał emocje towarzyszące mu u kresu swojej zwycięskiej walki. Zmagając się z chorobą nigdy nie tracił nadziei, co aktualnie procentuje na piłkarskiej murawie. W trudnych chwilach zdołał wykuć twardy charakter, który na boisku jest bardzo przydatny i ceniony. Właśnie z powodu tej nieustępliwości, waleczności, a także pewnego podobieństwa pod względem fizjonomii były trener Arki – Czesław Michniewicz – określił Budzińskiego mianem „polskiego Gerrarda”. – – tak o swoim byłym podopiecznym mówił poprzednik Marka Chojnackiego na stanowisku trenera Arki Gdynia. Co ciekawe, sam zawodnik pytany o boiskowego idola momentalnie odpowiada: Steven Gerrard.











