O tym, że Real Madryt masowo produkuje piłkarzy co najmniej dobrych, wie każdy. Każdy wie też, że zazwyczaj ci piłkarze nie mają nawet cienia szansy na grę w pierwszej drużynie „Los Blancos”. Z bohaterem tego tekstu jest inaczej – Alvaro Morata to nadzieja Madrytu.
– To oczywiste, że go nie sprzedamy. On będzie pierwszoplanowym zawodnikiem Realu Madryt, będzie tworzył jego historię przez wiele lat.
Jose Mourinho
– To zawodnik młodzieżowych reprezentacji Hiszpanii. Dostaje regularne powołania, czeka go wielka przyszłość.
Fernando Hierro
– Nie rozumiem, czemu on jeszcze jeszcze nie grywa w pierwszym składzie Realu.
Emilio Amavisca
– Jest świetnym napastnikiem. Wszyscy cieszymy się, że trener stawia na szkółkę.
Marcelo
Moratomania w Madrycie zatacza coraz szersze kręgi. Nakręca ją zarząd klubu, dyskretnie przypominając dopominającemu się transferów Mourinho, że Alvaro w pierwszej drużynie to nawet nie marzenie – to cel. Nakręcają ją media, skwapliwie informując o każdym kroku zawodnika. Ale największy udział w rozkręcaniu tego szaleństwa ma sam piłkarz, który swoimi występami co tydzień zachwyca widzów zainteresowanych rozgrywkami trzeciej ligi. Strzela jak na zawołanie, popisuje się nienaganną techniką i generalnie przerasta o kilka klas większość kolegów z drużyny i ligi.

Alvaro Borja Morata Martin urodził się nieco ponad osiemnaście lat temu w Madrycie. Karierę piłkarską rozpoczynał w Atletico, skąd jednak szybko, już po dwóch latach, przeniósł się do Getafe, by po jednym zaledwie sezonie ostatecznie zatrzymać się tu, gdzie jest do teraz, w Realu Madryt. Trenerzy „La Fabriki” zdecydowali się umieścić przyszłościowego zawodnika w Juvenilu C, drużynie w skład której wchodzą zazwyczaj gracze szesnasto- i siedemnastoletni. Szybko okazało się, że Alvaro Morata jest za dobry na granie w ligach młodzieżowych – w sezonie 2009/2010 piłkę kopał już w Juvenilu A, który występuje w hiszpańskiej regionalnej czwartej lidze. To właśnie tam, pod wodzą trenera Alberto Torila święcił największe jak dotąd klubowe sukcesy.
Młodzi madridistas w ciągu jednego tylko sezonu zawojowali nie tylko piłkarską Hiszpanię, ale też Europę. Triumfowali w prestiżowym Pucharze Mistrzów oraz Lidze Honoru. Przegrali tylko w Pucharze Króla, ale i tam dotarli do finału. We wszystkich rozgrywkach grali naprawdę spektakularnie, gromiąc nie tylko typowych średniaków, ale też tak uznane cantery jak baskijska Lezama czy katalońska La Masia. To właśnie wtedy madrycka prasa zaczęła pisać o tym, że w szkółce rośnie nowa „Quinta del Buitre”, nowa „Piątka Sępa”, tylko że złożona z czterech graczy. Dziennikarze wskazali wtedy na Moratę, Sarabię, Rodrigo i Kamala. Tylko ten ostatni na razie nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Dwaj pierwsi ciągle są w Realu, Rodri poszedł sobie do Benfiki, która wypożyczyła go do Boltonu, by w lidze angielskiej nabrał tężyzny fizycznej i powiększył wachlarz swych umiejętności.











