Kilka dni temu druga drużyna Realu Madryt obchodziła okrągły jubileusz 40-lecia istnienia. Tomas Roncero z dziennika „As” stwierdził przy tej okazji, że Castilla to najlepsza ekipa rezerw w historii futbolu, najbardziej utytułowana i najbardziej wydajna. Słowa te – niepozbawione logiki – brzmią strasznie szyderczo w momencie, gdy Jose Mourinho bawi się w boga i doprowadza do szaleństwa miliony fanów „Los Blancos”.
Z pewnością każdy kibic, nawet wcale nieinteresujący się hiszpańską piłką, wie, że Real Madryt w ostatnim czasie desperacko szuka wzmocnień na prawą obronę. Piszczek, Maicon, Micah Richards, Iraola, Azpilicueta… Jose Mourinho ufa Arbeloi, ale nie może pozwolić, by Hiszpan egzystował pozbawiony presji. Wiadomo, że na dobrego defensora trzeba wydać kilkanaście milionów, a i nawet to nie zagwarantuje sukcesu. Przecież Madryt to środowisko wyjątkowo nieprzyjazne, presja jest tak wielka, że uginają się pod nią najwięksi zawodnicy z największych klubów świata. Nic więc dziwnego, że we wszystkich transferowych sondach rozpisywanych przez hiszpańską – nie tylko madrycką! – prasę zdecydowanie wygrywał Dani Carvajal, 20-letni prawy obrońca drugiej drużyny, mistrz Europy do lat 19. Chłopak od lat wychowywany w duchu miłości do „Los Blancos” nie miałby problemów z aklimatyzacją, nie cierpiałby na braki motywacyjne. Byłby jak Granero i Callejon. Walczyłby o swoje i dawał z siebie wszystko. Przesunięcie Daniego było tak oczywiste, tak logiczne, że aż głowa bolała.
***

– Hola, Presi! – Jose Mourinho wparował do gabinetu Florentino Pereza. – Chciałem porozmawiać o transferze prawego obrońcy. Alvarito jest dobry, ale potrzebujemy jeszcze kogoś.
– Jose, rozmawialiśmy już o Carvajalu ze szkółki, pamiętasz? To jeden z najlepszych młodych obrońców w kraju, dostaje powołania do reprezentacji, interesują się nim zagraniczne kluby. Mówiłem ci o nim – Perez rzucił Portugalczykowi wyczekujące spojrzenie, ale wyraźnie zdziwiony trener milczał.
– Jose, wiążemy z tym chłopakiem wielkie nadzieje. Ludzie z La Fabriki mówią, że on może być filarem pierwszej drużyny przez wiele lat. Zresztą razem oglądaliśmy kilka jego meczów w Segunda B. Ja nie widziałem u niego żadnej wady, ty pewnie też nie – prezes znów zawiesił głos i czekał na komentarz szkoleniowca. Znów jedyną odpowiedzią było zdziwienie.
– Cholera, Jose. Powiedz, co o tym myślisz – Perez nie wytrzymał.
– Presi, ja bardzo doceniam chłopaka, ale uważam, że dla jego dobra najlepiej będzie, jeśli sprzedamy go do innej, najlepiej zupełnie niepasującej do jego stylu gry, ligi, dorzucimy z litości klauzulę pierwokupu, a… – – – – Perez desperacko szukał odpowiedniego słowa. Nie znalazł. – –











