Arka Gdynia pokonała na własnym stadionie Wisłę Płock 1:0. Jedyną bramkę strzelił Charles Uchenna Nwaogu, który wcześniej dawał prawdziwy koncert nieskuteczności.
Wisła Płock broni się przed spadkiem z I ligi. Punkty w meczu z Arką, która nie walczy już o nic, byłyby dla płocczan jak zbawienie, szczególnie że ze względu na decyzje Wydziału Dyscypliny PZPN nie zagrają oni na własnym stadionie do końca sezonu. Na domiar złego Dolcan Ząbki wzbogacił się dziś o kolejne trzy punkty, co oznaczało, że Wisła wyląduje w strefie spadkowej. Goście byli więc podwójnie, a nawet potrójnie zmotywowani przed tym spotkaniem.

No i się zaczęło. Już w 6. minucie Wisła potwierdziła, że to jej zależy bardziej. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Radić znalazł się w wyśmienitej sytuacji, ale zamiast wpakować piłkę do siatki, fatalnie spudłował. To tyle. Potem już straszył tylko Nwaogu, który raz po raz szturmował bramkę. Napastnik gdynian najlepszą sytuację zaprzepaścił chyba w 35. minucie, kiedy to z bliskiej odległości trafił wprost w Kamińskiego. A może było to w 39., kiedy po strzale głową futbolówka o centymetry minęła słupek? W rywalizacji może wziąć udział też sytuacja z 45. minuty, wówczas snajper Arki tak długo zwlekał ze strzałem, że bramkarz mógł w tym czasie zrobić sobie kawę. No cóż, przynajmniej kibice, którzy lubią się bawić w audiotele, mogli sobie wysyłać SMSs-y, głosując na sytuację a, b, lub c.
W drugiej połowie publiczność już zacierała ręce, bo spodziewała się, że za chwilę liczba sytuacji kandydujących do pudła dnia wzrośnie, tymczasem Nwaogu trafił! Napastnik gdynian dosięgnął głową piłki dośrodkowanej przez Kosznika i bez zastanowienia wpakował ją do siatki, wbijając jednocześnie gwóźdź do płockiej trumny.
Nadszedł czas na odpowiedź Wisły, ale piłkarze tego klubu nie kwapili się do ataku. Wyglądało to jakby stracona bramka podziałała na nich maksymalnie demotywująco. Przez dłuższy czas oglądaliśmy więc piłkarski piknik. W końcu piłkarzy gości z letargu obudził Pruchnik, który na osiem minut przed końcem spotkania o mały włos nie dobił rywali. Płocczanie zaczęli grać bardziej agresywnie, ale często też przekraczali przepisy, co zauważył sędzia. Za kopnięcie Nwaogu w głowę z boiska wyleciał Radić.
W doliczonym czasie gry Wisła po raz pierwszy od 6. minuty zerwała się do ataku. W ogromnym zamieszaniu żaden z piłkarzy nie zdołał jednak wepchnąć piłki do siatki. Ostatnie słowo należało do Arki, lecz Kuklis również nie znalazł sposobu na pokonanie bramkarza. Skończyło się więc skromnym zwycięstwem gospodarzy, co dla przyjezdnych może oznaczać degradację.











