Ogromne emocje, zwroty akcji, efektowna gra i kardynalne pomyłki w defensywie. Choć widowisko stało na najwyższym poziomie, to właśnie ten ostatni element najbardziej martwi trenerów obu drużyn. Sarri i Emery tworzą krok po kroku solidne ekipy, które zapominają jednak o rzetelnej grze obronnej. Choć w sobotnich derbach Londynu triumfowała Chelsea, to i ekipa ze Stamford Bridge ma sporo do poprawy.
Początkowa dominacja
Niemal całe pierwsze pół godziny Chelsea kontrolowała spotkanie. Arsenal – podobnie jak w starciu z City – czyhał na kontrataki i próbował skutecznie odpierać akcje gospodarzy. Plany meczowe obu trenerów były znane jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, bowiem Sarri niezależnie od rywala pragnie, aby zespół narzucił swój styl gry, zaś Emery zazwyczaj dostosowuje swój zespół pod przeciwnika.
Początkowo szczególnie widoczną przewagę Chelsea osiągnęła w środku pola. Gracze gospodarzy zbierali większość drugich piłek i szybko kierowali podania do atakujących. Taki stan rzeczy umożliwił nie tylko system gry (trzech na dwóch w środkowej strefie), ale również bardzo słaba dyspozycja Granita Xhaki, który przez 45 minut gry tylko raz powstrzymał rywala i grał na 83% skuteczności podań.
Jednak to nie postawa Szwajcara była największą bolączką Arsenalu podczas dwóch pierwszych kwadransów spotkania.
Obrona znów oblała egzamin

Podobnie jak w starciu z City, w Arsenalu najbardziej zawiodła obrona. Pierwsza bramka padła po złym ustawieniu Bellerina, który podążył za Willianem i zostawił za sobą wolną przestrzeń. Na wolne pole wbiegł Alonso, którego nie dogonił spóźniony Mchitarjan. Świetnym zagraniem popisał się Jorginho, który wykonał w całym spotkaniu 99 podań i 93% z nich trafiało do adresata.

Jeśli Emery był wściekły na swoich piłkarzy po bramce Pedro, to gdy jego podopieczni dopuścili do trafienia Moraty, Hiszpan najpewniej wpadł w furię. Prostota. To słowo najlepiej oddaje gola napastnika, który na przełamanie czekał jeszcze od poprzedniego sezonu.
Arsenal próbował bronić wysoko i obrońcy są ustawieni w linii. Problem w tym, że zarówno Sokratis, jak i Mustafi nie dysponują szczególną szybkością i na wolnym polu nie poradzą sobie nawet z Moratą, który nigdy nie był demonem szybkości. Trudno zatem zrozumieć Emery’ego, który nakazał swoim graczom taki styl bronienia, pamiętając o brakach szybkościowych jego defensorów.
Drugim czynnikiem, który zawiódł w tej akcji, był pressing. Azpillicueta nie powinien mieć możliwości do zagrania takiego podania. W tym przypadku niewystarczająco agresywny był Iwobi, który znajdował się blisko Hiszpana, ale finalnie pozwolił mu na zagranie piłki.

















