Niedzielny pojedynek na Vicente Calderon, w którym mierzyły się Atletico i Sevilla, zakończył się bezbramkowym remisem. Drużyna z Madrytu czwarty raz w sezonie nie zdołała trafić do siatki przeciwnika. Wszystkie gole, które strzeliła w pierwszych sześciu kolejkach, padły w dwóch spotkaniach – z Racingiem Santander (4:0) i Sportingiem Gijon (4:0).
Podopiecznym Gregoria Manzano nie udało się wpisać się na listę strzelców w meczach z Osasuną (0:0), Valencią (1:0), Barceloną (5:0) i Sevillą (0:0). W trzech z nich (wyjątkiem jest oczywiście starcie na Camp Nou), „Los Colchoneros” stworzyli sobie wystarczającą liczbę okazji, aby pokonać bramkarza rywala. Piłka nie chciała jednak wpaść do siatki.

Problemy Atletico zaczynają się, kiedy na murawie nie ma Radamela Falcao albo napastnik nie jest w najlepszej dyspozycji. Brakowało go w spotkaniu w Osasuną, pojedynek na Mestalla był jego pierwszym w czerwono-białej koszulce, więc zawodnik nie był w stuprocentowej formie. Słabo spisał się również w Barcelonie i w starciu z Sevillą. Z ośmiu bramek, które zdobyli „Los Rojiblancos”, pięć jest autorstwa Falcao, a samobójcze trafienie Lory także trzeba zapisać na jego konto. Tylko Adrian Lopez i Alvaro Dominguez wspierają Kolumbijczyka w strzelaniu goli dla „Alteti”.
Nie wszystkie statystyki są złe. Zespół zachował czyste konto w czterech meczach rozegranych na własnym stadionie. To jedyny taki przypadek w historii, kiedy madrytczycy nie stracili ani jednego gola w czterech pierwszych pojedynkach u siebie. Bilans straconych bramek, który wynosi sześć, to zasługa przede wszystkim „goleady” w Katalonii, gdzie Barcelona trafiła do bramki Atletico aż pięć razy. Poza graczami „Azulgrany”, tylko Roberto Soldado zdołał pokonać belgijskiego golkipera.











