Kibice mają dziś zapewne wiele do powiedzenia. Jedni cieszą się z awansu Hiszpanii do finału, inni wypominają mistrzom Europy mało atrakcyjną grę. W końcu nie do tego przyzwyczaiła nas „La Furia Roja”. Wielu neutralnych fanów życzyło awansu Portugalii, ponieważ to zespół trenera Paulo Bento prezentował się lepiej. Awansowała jednak Hiszpania. Dlaczego tak się stało? Długa historia.
Spodziewałem się, że Hiszpania ma w zanadrzu jakąś tajną broń. Że wolne tempo gry, pozorny brak chęci do szybkich akcji ofensywnych i gry skrzydłami jest częściowo sposobem na zamazanie obrazu całości. Przecież Hiszpania to mistrz świata i Europy, więc oczekuje się po niej więcej. Tymczasem w meczu z jednym z najgroźniejszych rywali najlepszy zespół świata pokazał to samo co w poprzednich starciach, zaprzeczając tezie, że aktualny styl gry jest jedynie zasłoną dymną, czymś w rodzaju prostej sztuczki, która ma odwrócić uwagę od jej oczywistego rozwiązania. Nie stało się nic, co pozwalałoby mieć nadzieję, że ta ekipa zasługuje na obronę tytułu.

Portugalia pokazała się z lepszej strony, stworzyła więcej akcji podbramkowych zakończonych strzałem. Hiszpania, jeśli już wdarła się na pole karne rywala, to usiłowała chyba grać w jakąś dziwną odmianę snookera. Podopieczni trenera Vicente del Bosque wydawali się tak przyzwyczajeni do schematów tiki-taki, że zupełnie nie zauważali rozwiązań, jakie otwierały się na obu flankach. Zakochani w grze środkiem pola, polegali tylko i wyłącznie na podstawowych założeniach, które mieli realizować Xavi i Iniesta. Ten pierwszy jednak miał słabszy dzień (nie pierwszy na tym turnieju) i cały urok hiszpańskiej magii można by było wsadzić tam, gdzie słońce nie dociera. Zupełnie jakby najlepszy zespół świata złapał chorobę utartych schematów, które są realizowane z uporem godnym maniaka, a mimo to przynoszą sukces. Czy to coś komuś przypomina?
Nie zamierzam spisywać Włochów na straty, bo przecież ten zespół ma sposób na niemiecką maszynę, ale wydaje się, że wszyscy obejrzą swój wymarzony finał Euro. Już przed turniejem wielu ekspertów i kibiców przewidywało, że to Niemcy i Hiszpania staną naprzeciw siebie w finale mistrzostw Europy. Wiele znaków na niebie i ziemi podpowiada, że tak się właśnie stanie, a godny uwagi jest fakt, że dziś to ekipa Joachima Loewa gra niczym Hiszpania za najlepszych lat, a zespół trenera del Bosque przypomina naoliwioną niemiecką maszynę. Wygląda na to, że w futbolu nastąpiła nieoczekiwana zamiana ról.
Hiszpania awansowała, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Kto potrafi odpowiedzieć na to pytanie? Oczywiście wpłynęła na to świetna postawa Casillasa, kilka świetnych interwencji obrońców, umiejętność długiego utrzymywania się przy piłce, ale równie dobrze można bajdurzyć o przeznaczeniu, szamanach z Malawi czy pozytywnym wpływie migracji raków na wyspie Galapagos na hiszpańskich piłkarzy… Prawda jest taka, że Hiszpania jest coraz słabsza i jeśli trafi w finale na niemiecki walec, to będzie potrzebna porządna łopata, żeby pozbierać resztki. Chyba że ktoś wyciągnie wnioski, które są tak oczywiste, że nie sposób ich przeoczyć. Panie del Bosque, czas wykonać ruch.










