Kibice ligi hiszpańskiej dużo mogli sobie obiecywać po sobotnim spotkaniu Sevilli z Barceloną. I śmiało można powiedzieć, że się nie zawiedli. Piłkarze obu drużyn, niczym najlepsi szefowie kuchni, dostarczyli nam 90 minut futbolowej uczty, którą pochłaniało się z prawdziwą przyjemnością, prosząc o dokładki. Jednak jeden z kucharzy znacząco się wyróżniał na tle reszty, serwując podania i uderzenia najwyższej klasy. Ever Banega, bo to o nim mowa, zdaje się rozpoczynać tym meczem walkę z przypiętą mu łatką dużego dziecka i wychodzi przed szereg wołając: „Nadszedł mój czas!”.
Mało jest w piłkarskim świecie postaci tak kontrowersyjnych, jak ten Argentyńczyk. Piłkarz, dla którego kwestią czasu wydawało się pójście drogą Juana Sebastiana Verona, Fernando Redondo, czy też Juana Romana Riquelme, rozmienił swój talent na drobne. Ogrom zmarnowanego potencjału może najlepiej uświadamiać fakt, że miejsce w pierwszym składzie na początku sezonu zabierał mu m.in. Grzegorz Krychowiak – ten sam, którego Banega jeszcze kilka lat temu na Mistrzostwach Świata U-20 ośmieszał na boisku. Mundial w Kanadzie był bardzo dobry dla urodzonego w Rosario pomocnika. Już przed turniejem wiele mówiło się o potencjale młodego Argentyńczyka, jednak to właśnie ten turniej w pełni ukazał jego możliwości. Ever był mózgiem drużyny złożonej z zawodników takich jak Di Marii, Aguero, Romero, czy też Mauro Zarate, która w świetnym stylu zdobyła młodzieżowe Mistrzostwo Świata. Nic więc dziwnego, że po imprezie posypały się oferty z Europy, a Banega w styczniu 2008 roku ostatecznie trafił do Valencii.
Dalszą część historii fani hiszpańskiej piłki już znają. W ciągu siedmiu lat pobytu w stolicy Lewantu, Banega częściej od strzelanych bramek i asysty, zaliczał miejscowe dyskoteki i mandaty za przekraczanie prędkości. Argentyńczyk lubował się także w rozbijaniu samochodów (ofiarami były Audi R8 i Ferrari) i spóźnianiu się na treningi (najbardziej odczuwał to Ernesto Valverde). Jednak prawdziwą wisienką na torcie był niewątpliwie film nakręcony z jego udziałem (a raczej jego ręki), który śmiało można zaliczyć do kategorii +18.
https://www.youtube.com/watch?v=c9xNF0OVT38
Nic więc dziwnego, że w trakcie swojego pobytu na Mestalla zdążył trzykrotnie zaliczyć wypożyczenie, najpierw w stołecznym Atletico, a następnie w rodzimej Argentynie przez pół roku grając dla Newell’s Old Boys. Obecnie sezon spędza na wypożyczeniu w Sevilli i wydawać się może, że w końcu znalazł odpowiednią przystań dla swojego krnąbrnego charakteru.
Na początku artykułu, odnosząc się do potencjału Banegi, użyłem sformułowania „rozmienił swój talent na drobne”. Nie ulega wątpliwości, że z taką techniką użytkową, wizją gry i ostatnim podaniem, powinien zajść wyżej. W swojej karierze w Hiszpanii miał momenty, w których pokazywał namiastkę swojego olbrzymiego potencjału. Jednak słowo „momenty” w kontekście wychowanka Boca Juniors ma znaczenie kluczowe. Argentyńczykowi zdarzały się pojedyncze spotkania, w trakcie których stawał się rzeczywistym liderem Valencii, piłkarzem, który mógłby udźwignąć na sobie ciężar gry i poprowadzić drużynę do zwycięstw. Jedynym okresem, w którym tak naprawdę swoją grą spełniał oczekiwania kibiców na Mestalla była końcówka sezonu 2012/13, kiedy to w ośmiu ostatnich kolejkach zaliczył trzy trafienia i cztery asysty, rozpoczynając wszystkie spotkania od pierwszej minuty.










