Największy kibic wśród księgarzy, najlepszy księgarz wśród kibiców. Wywiad z Jakubem Tarantowiczem


O książkach, historii, futbolu i pasji

14 grudnia 2020 Największy kibic wśród księgarzy, najlepszy księgarz wśród kibiców. Wywiad z Jakubem Tarantowiczem

Wydawać by się mogło, że oprócz bibliotekarza i archiwisty nie ma nudniejszego zawodu niż księgarz. Siedzenie w sklepie, przyjmowanie dostaw, wystawianie książek na półki na pewno sprawia, że poziom adrenaliny w nadnerczach wzrasta z każdym dniem pracy. Okazuje się, że jest człowiek, który ten stereotyp łamie każdego dnia. Pasjonat, dla którego każdy kolejny dzień pracy to prawdziwa przygoda. Zapraszam na wywiad z najbardziej nietypowym przedstawicielem tego zawodu w Polsce.


Udostępnij na Udostępnij na

Jakub Tarantowicz z księgarni „Odkrywcy” mieszczącej się przy ulicy Narutowicza 46 w Łodzi jest personą niezwykłą. Doskonale orientuje się w obecnym rynku literatury sportowej, historii futbolu, lidze polskiej oraz Premier League. Zaczynajmy zatem!

Jaką wartość ma książka?

Witam największego kibica wśród księgarzy w Polsce. Spotkaliśmy się, żeby porozmawiać trochę o literaturze i nie tylko. Przed świętami jest to temat o tyle dobry, że czytelnicy mogą poznać zdanie eksperta, co warto, a czego znaleźć pod choinką nie byłoby warto. Chciałbym się też dowiedzieć, czemu niektóre książki, które mają ogromną wartość merytoryczną, przechodzą bokiem, a te, które są swoistym skokiem na kasę kibiców dużych klubów, cieszą się takim dużym uznaniem. Oddaję głos Panu Jakubowi.

Witam również. Dziękuję za zaproszenie. Na początku warto powiedzieć w ogóle o rynku książki sportowej w Polsce, gdyż rynek ten w ostatnich latach bardzo się rozwinął. Największe zasługi ma tu wydawnictwo SQN z Krakowa, które wydaje najwięcej książek sportowych. Mamy również magazyn Kopalnia, który prawie co roku wydaje doskonałe teksty najlepszych polskich dziennikarzy sportowych.

Nie bez przypadku jest to, że podpisuje swoje pozycje „Sztuka futbolu”.

Tak, futbol w tych tekstach odgrywa najważniejszą rolę, ale chodzi w nich również o to, żeby powiązać go z socjologią, polityką, politologią, kulturą wysoką. Są to teksty naprawdę bardzo dogłębne i bardzo ciekawe.

Mnie osobiście Kopalnia 5 zmieniła światopogląd po artykule na temat igrzysk olimpijskich z 1992. O ile się nie mylę, taka narracja utrzymywana między innymi przez Pawła Zarzecznego czy Janusza Atlasa, że pojechała sobie grupka nakoksowanych chłopców w słomkowych kapeluszach grać w piłkę, później była dementowana. W Kopalni znowu wrócił ten temat i autor artykułu stawia tezę, że srebrni medaliści nie byli jednak do końca czyści.

Przyznaję się, że czytałem o tym artykule, ale samego nie zdążyłem jednak przeczytać z tego powodu, że książek sportowych wychodzi naprawdę, naprawdę dużo. Oprócz SQN do gry wkroczyło wydawnictwo Arena. Co ciekawe, pojawienie się tak poważnych graczy na rynku spowodowało, że nawet te wydawnictwa, które do tej pory ze sportem nie miały wiele wspólnego, też zaczęły wydawać pojedyncze książki o tej tematyce. Dochodzi do tego, że nawet wydawnictwa naukowe czy wręcz uniwersyteckie zaczynają wchodzić na rynek literatury sportowej.

Tutaj chciałbym opowiedzieć o książce, którą sam niedawno przeczytałem: „Historia, nacjonalizm i tożsamość” Filipa Kubiaczyka. Moim zdaniem książka znakomita. Osobiście nie znam profesora Kubiaczyka, więc nie jest to z mojej strony żadna reklama. Książka napisana stricte naukowym językiem, a jednocześnie bardzo przystępna dla czytelnika. Porusza on szereg różnych tematów: od historycznego i politycznego podłoża rywalizacji Realu z Barceloną, przez nacjonalizm kataloński i baskijski. Rolę Espanyolu Barcelona w Katalonii. Opowiada o stosunku kibiców Hiszpanii do ich reprezentacji, który jak można dowiedzieć się z książki, jest bardzo zaskakujący i specyficzny. Całym sercem mogę ją polecić. Nie spodziewałem się, że Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu wyda książkę dotyczącą futbolu.

Niestety zdarzają się też książki, których poziom – co tu dużo mówić – nie jest zbyt wysoki.

I o tym właśnie chciałem porozmawiać. Dlaczego one się tak dobrze sprzedają?

No właśnie, dlaczego sprzedają się tak dobrze, mimo że ich poziom nie jest wysoki? To są książki często takiego typu, tutaj oczywiście wymyślam tytuł, „1000 trików Messiego” albo „Geniusz Cirstiano Ronaldo”. Moim zdaniem popularne są one dlatego, że po pierwsze traktują o postaciach bardzo popularnych medialnie. Tych piłkarzy zna niemal każdy. Nie tylko kibic zaangażowany wie, kim jest Neymar. Również dla zwykłego oglądacza futbolu będzie to nazwisko znane i rozpoznawalne. Poza tym kupienie komuś takiej książki na prezent, bo bądźmy szczerzy, książki najczęściej kupujemy komuś na prezent, wiąże się z mniejszym ryzykiem. Mamy zapomnianego siostrzeńca, chrześniaka, bratanka, dawno się nie widzieliśmy, wiemy tylko, że się interesuje piłką, nie wiemy, co mu kupić, no to może książkę o Messim albo Ronaldo. Raczej nie kupimy mu książki, która analizuje wpływ polityki w Górnym Karabachu na futbol. Jest to temat bardziej skomplikowany. Niekoniecznie tak specyficzne tematy muszą zainteresować osobę, którą chcemy obdarować.

No właśnie. Nie ma Pan wrażenia, że te książki to jest niejako przedłużenie treści z social mediów danego piłkarza? Na przykład Messi wyda sobie książkę o tym, jak dobrze poszło mu w ostatnim sezonie, a to samo można byłoby zawrzeć w 150 znakach na Twitterze?

Tak, ja się tutaj w pełni zgodzę, że to jest w pewnym sensie takie przedłużenie tego, co piłkarze zamieszczają na portalach społecznościowych. W tych książkach często nic konkretnego nie ma. Ja nie chcę tak generalnie ich krytykować. Powiedzmy dla jakiejś tam grupy nastoletnich chłopców, którzy nie czytają nic albo niewiele, to może dobrze, że sięgną chociaż po słowo drukowane, jeśli rodzice kupią im chociaż taką książkę. Inna sprawa, że z tych książek nie dowiemy się nic takiego, czego nie moglibyśmy dowiedzieć się z internetu. Są to informacje kopiowane, powtarzane i wszystko jest w takim duchu niestety bardzo marketingowym, a nawet bym powiedział hagiograficznym. Piłkarz jest idealny, dąży do doskonałości, wszystko mu się udaje, a nawet jeżeli się nie udaje, to przez problemy, nad którymi ciężko pracuje, jest obdarzony naturalnym talentem. Oczywiście trudno zaprzeczyć niektórym z tych faktów, ale czasami warto byłoby przeczytać też o czymś głębszym, bardziej szczegółowym, poznać jakieś wątpliwości. W życiu nie wszystko jest tak pięknie, więc trudno dać wiarę tej narracji, która jest w tych książkach.

Porozmawiajmy teraz o poważniejszej literaturze. Zacznijmy od Andrzeja Gowarzewskiego, który ostatnio nas opuścił. Kim dla Pana był Pan Gowarzewski?

Osobiście nie miałem okazji nigdy się ze ŚP. Panem Andrzejem się spotkać, natomiast trudno nie doceniać jego wkładu w rozwój literatury sportowej w Polsce. Tak naprawdę już od dziesiątek lat publikacje jego i jego zespołu (bo wiem że dużo osób zawsze z nim współpracowało) są źródłem bardzo szczegółowej wiedzy na temat rozgrywek i w Polsce, i na świecie. Zawarł w swoich książkach bardzo dużo danych statystycznych, ale też nie można o tych książkach powiedzieć, że są to same suche wyniki. Jest tam też sporo narracji. Pan Gowarzewski miał bardzo barwny język i nie bał się wyrażać swoich poglądów na różne tematy, nawet kontrowersyjne. Dobrze się te książki czyta. Na pierwszy rzut oka ktoś może powiedzieć, co mi po książce, w której są suche wyniki. W książkach tych jest też duż0 artykułów, tekstów, opisów. Jedna z ostatnich dotycząca historii Pucharu Polski ukazała się w zeszłym roku i również będzie doskonałym prezentem pod choinkę. Andrzej Gowarzewski, oprócz tego, że wiele osób doceniało jego pracę, miał też swoich krytyków, którzy uważali, że niedokładnie korzysta ze źródeł i przez to są błędy w jego książkach. Tak czy siak należy docenić to, co robił.

Teraz jest też taka seria wydana przez Owsiańskiego i Miatkowskiego o poszczególnych sezonach ligowych od 1927 roku. Doszli już do roku 1930. Opisują w nich każdy mecz w ówczesnej pierwszej lidze ze składami, podają bardzo dokładnie źródła. Jeżeli więc skonfrontujemy książkę, którą ktoś napisał na podstawie kilku tweetów, a książkę, nad którą panowie spędzili zapewne wiele miesięcy w archiwach, przeglądając stare gazety, stare książki, żeby stworzyć taką publikację, to trudno to położyć na jednej wadze. Są to zupełnie innego rodzaju książki, zupełnie inny jest ich ciężar gatunkowy i warto moim zdaniem docenić też tych autorów, którzy nie piszą może aż tak medialnych książek, ale piszą książki, w które wkładają naprawdę bardzo dużo pracy.

Może porozmawiajmy chwilę o naszym wspólnym znajomym Remigiuszu Piotrowskim i jego pozycjach. Dla mnie  „Niezwykły świat przedwojennego futbolu” to jest top 5 książek o tematyce sportowej, które czytałem.

Jeśli chodzi o osobę Remka Piotrowskiego, jest on znawcą nie tylko futbolu z okresu międzywojennego, ale w ogóle II Rzeczypospolitej. Napisał też kilka innych książek dotyczących innych dziedzin życia z tego okresu: artystów, polityków. Pierwsza z jego książek opowiadała o Ślepym Maksie, łódzkim gangsterze, na którego biografii wzorował się chyba Twardoch w „Królu”.

Jeśli chodzi o „Niezwykły świat przedwojennego futbolu”, ja się zgodzę, że jest to książka bardzo dobra. Dlaczego tak uważam? Z jednej strony poziom merytoryczny trzyma bardzo wysoki, a z drugiej strony jest napisana bardzo przystępnym językiem. Czasami jest to problem, bo z jednej strony mamy książki napisane przystępnie, ale ich poziom nie jest za wysoki, a z drugiej książki na przykład naukowe, przez które trudno przebrnąć ze względu na tę naukową „nowomowę”. Remek zaś pisze ciekawie, zajmująco, a jednocześnie sprawdza wszystkie źródła i naprawdę te jego książki są godne polecenia.

Może, żeby czytelnicy wiedzieli, że warto, rzućmy taką anegdotką z samej książki. Remek na pewno się na nas nie obrazi. Jedna z drużyn żydowskich grała mecz w szabas, mecz został przerwany po tym, jak rabin wbiegł na boisko, bo był oburzony złamaniem halachy.

Pamiętam fragment tej książki. Nie brakuje w niej anegdot np. o psach wbiegających na boisko, można dzięki niej naprawdę wzbogacić swoją wiedzę.

Pamiętajmy, że w tamtych czasach płacenie za grę w piłkę uznawane było za czyn haniebny. Zagadnieniu temu Remek również poświęcił kilka rozdziałów.

Tak, tak, oczywiście. Uważano, że jest to absolutnie niegodne sportowca, aby pobierać pieniądze za uprawianie sportu. Tym bardziej że czasami sportowcami byli czasami na przykład żołnierze zawodowi. Henryk Reyman, legenda Wisły Kraków, był oficerem Wojska Polskiego, tym bardziej nie mógł się zhańbić czymś takim jak branie pieniędzy za grę. Nie oznacza to, że tego nie robiono. Kluby i piłkarze omijali ten przepis. Często dostawali pieniądze pod stołem. Po wojnie, już w PRL-u, którym z różnych powodów społeczeństwo było zdegenerowane, wielu piłkarzy pracowało na fikcyjnych etatach. W Łodzi w fabrykach włókienniczych. Piłkarze Wisły Kraków, która była gwardyjskim klubem, mieli etaty milicjantów.

Między innymi dzięki temu Andrzej Iwan pojechał na mistrzostwa w Hiszpanii w 1982 roku, mimo że za swoje przewinienia groziło mu więzienie.

No właśnie! A propos Andrzeja Iwana. Wydał on swoją biografię „Spalony”, którą na pewno warto polecić. Niestety jest teraz ona bardzo trudno dostępna. Na razie dodruków nie będzie. Sama książka jest wstrząsająca, chociaż kilka innych osób, w tym trener Piechniczek, zarzuciło Iwanowi, że konfabuluje.

Mówi Pan o sprawie, kiedy Piechniczek rzekomo kazał Iwanowi usunąć dziecko, co opisuje w swojej książce dosyć dokładnie?

Nie mnie oceniać, co tam jest na pewno prawdą, a co nie, bo być może jest tak, że to Iwan mówi prawdę, a inni próbują się wybielić.

Najważniejsze jest to, że córka Iwana żyje i ma się dobrze, a prawdę do grobu zabiorą ze sobą zapewne zarówno Iwan, jak i Piechniczek.

Też mi się tak wydaje, ale wróćmy do tematu książek. Mówiliśmy o Gowarzewskim, Kubiaczyku, Piotrowskim. Chciałem też zwrócić uwagę na taką książkę, może jest ona trochę bardziej mainstreamowa, bo wydana przez znanych dziennikarzy Anitę Werner i Michała Kołodziejczyka, ale jest bardzo dobrą książką. Chodzi mi o publikację „Mecz to pretekst. Futbol, wojna i polityka”. Autorzy, podróżując po różnych nietypowych, niespokojnych rejonach Europy i okolic, zrobili naprawdę świetny reportaż, właśnie na temat tego, jak futbol wpływa na życie mieszkańców Irlandii Północnej, Baskonii, Nadniestrza, terenów, na których jest niespokojnie. Takich jak nieporozumienia na tle narodowościowym czy niedawna wojna na Ukrainie.

Również godna polecenia jest książka Zbigniewa Rokity „Królowie strzelców”, która ukazała się kilka lat temu. Opowiada ona o krajach byłego Związku Radzieckiego i całego Bloku Wschodniego. Znajdziemy tam rozdziały o Polsce czy ówczesnej Czechosłowacji.

Chciałbym teraz powiedzieć dwa słowa o biografiach.

I właśnie w temacie biografii chciałem zadać pytanie dosyć kontrowersyjne. „Najlepszy trener świata” Gmocha czy „On, Strejlau”Andrzeja Strejlaua?

Zdecydowanie „On, Strejlau”.

Zgadzam się w 100%.

Obie książki czytałem. Oczywiście mam szacunek do trenera Gmocha. Jest on oczywiście postacią bardzo barwną, lubianą też przez kibiców ze względu na swój specyficzny sposób bycia. Nie można też odmówić mu sukcesów w Grecji. Z reprezentacją mu się nie powiodło. Przejdźmy do samej książki. Jest ona napisana w ciekawy sposób, niestety pokazuje, jak bardzo trener Gmoch…

Odleciał.

Mówiąc kolokwialnie, odleciał, ale też jak bardzo zadufaną w sobie osobą jest, jak bardzo przekonany jest o własnej wielkości. Taką osobą jest właśnie Jacek Gmoch.

Natomiast „On, Strejlau” jest to książka, którą chciałem wymienić w kategorii, jakie książki biograficzne/wspomnieniowe warto wydawać i warto czytać.

Jeden z lepszych wywiadów rzek, jakie czytałem.

Też mi się tak wydaje. Dlaczego tak jest? Jest to człowiek, o którym można wiele powiedzieć i który ma samemu też wiele do powiedzenia. Znowu jeżeli skonfrontujemy biografie piłkarzy młodych typu Neymar, Piątek, którzy nawet jeszcze nie skończyli kariery piłkarskiej, trudno tu o jakieś podsumowania, są to często właśnie takie cukierkowe biografie, tak jak mówiliśmy, a na drugiej szali położymy wywiad z trenerem Strejlauem, to widać dużą różnicę.

On nie krył się nawet z tym, że jak był szefem Kolegium Sędziów, to za jego kadencji z PZPN-u wyprowadzali działaczy w kajdankach i też się w tej książce z tym rozlicza.

To jest książka wartościowa, myślę, że pokazuje nam obraz polskiej piłki na przestrzeni kilku dekad, ponadto obraz społeczeństwa w czasach, kiedy Andrzej Strejlau działał i był trenerem. Jest to człowiek, który mówi barwnie, ma coś do powiedzenia ciekawego, w przeciwieństwie do Jacka Gmocha nie jest przekonany o własnej nieomylności. Jest zatem bardzo dobrym rozmówcą i w związku z tymi  cechami jego wypowiedzi czyta się bardzo ciekawie.

Wybierzmy się poza Polskę. Biografia Besta „George Best. Najlepszy”?

Czytałem, uważam, że jest w porządku.

Uważam, że każdy młody piłkarz powinien ją przeczytać.

Best nie uciekał przed odpowiedzialnością za swoje czyny w momencie, kiedy ta biografia była pisana. Bardzo ciekawa pozycja. I tak jak mówisz, pouczająca, czego należy unikać. Na mnie duże wrażenie zrobiło zdjęcie zamieszczone w polskiej edycji, na którym Best leży tak naprawdę na łożu śmierci, cały żółty, schorowany, z chorą wątrobą od nadużywania alkoholu. To zdjęcie może zrobić wrażenie na wielu, czego unikać podczas rozwoju kariery piłkarskiej

Najlepszym podsumowaniem będzie chyba kultowy cytat: „Panie Best, kiedy to wszystko się tak spieprzyło”?

No właśnie. Piłkarz, którego nawet nazwisko sugeruje, że był najlepszy, i przez pewien czas był najlepszy, bo otrzymał nawet Złotą Piłkę, wygrał z Manchesterem Puchar Europy w 1968 roku, ale być może stać byłoby go na jeszcze więcej, gdyby nie te ekscesy.

Kilka tygodni temu świat piłkarski żył śmiercią Diego Maradony. Jak na razie nie ma wznowień tych dwóch książek: „Ręka Boga” Jimmy’ego Burnesa i „El Diego”, czyli autobiografia mistrza. Niestety, na razie na polskim rynku nie można ich dostać zbyt łatwo, ale na pewno jeżeli któraś z nich będzie wznowiona, cieszyć się będzie ogromnym powodzeniem. Maradona jest kolejnym po Beście przykładem człowieka, który miał ogromny talent, być może nawet największy w historii futbolu. Kariery nie zmarnował. Był mistrzem świata, zdobył mistrzostwo z Napoli, ale na pewno jego życie nie potoczyło się tak, jak mógłby sobie tego życzyć.

A jeśli chodzi o Nicka Hornbye’ego i „Futbolową gorączkę”?

Jest to bardzo fajny przykład literatury stricte kibicowskiej.

To tak jak „Galernik” z ŁKS-u napisał swoje wspomnienia „Z pamiętnika Galernika. Magia lat 90”.  Doprecyzujmy może. Jedna z ełkaesiackich legend, znana jako „Kołek” bądź „Galernik”, napisała dzieło o szalonych latach 90. z perspektywy kibicowskiej. Myślę, że zgodzimy się, że warto jest się tej książce przyjrzeć chociażby, żeby starsi fani przypomnieli sobie lata świetności i panowania na trybunach całej Polski, a młodsi zobaczyli, jak to drzewiej bywało.

Myślę, że na te wszystkie książki, które dotyczą życia kibicowskiego, jeżeli ktoś siedzi w tym temacie, to są to lektury warte polecenia. Ja sam z niecierpliwością czekam, gdyż przed świętami ma ukazać się książka o tytule „Navijaci” o kibicach w krajach byłej Jugosławii. Wydaje się, że będzie bardzo ciekawa ze względu na to, że kraje bałkańskie toczą słynne rywalizacje.

Wiadomo, Zvezda – Partizan największe derby świata.

Gorący temperament i spory narodowościowe Serbów z Chorwatami, Bośniakami, to wszystko może rezonować w opowieści o tych czasach i grupach kibicowskich. Mimo że cena oscylować będzie w granicach 70 złotych, na pewno będą to dobrze wydane pieniądze. Warto też zwrócić uwagę na kilka monografii regionalnych, które się ukazały.

O monografiach też chciałem porozmawiać, wyprzedza Pan moje pytania, ale to dobrze, bo oznacza, że chce się Panu ze mną rozmawiać. Moim zdaniem niedoścignionym wzorem jest „70 lat Czarnych Koszul” o Polonii Warszawa.

W takim razie muszę ją nadrobić, nie miałem okazji jej czytać. W tym roku Paweł Czado napisał książkę o Szombierkach Bytom, klubie zapomnianym, chociaż zasłużonym, bo to jest mistrz Polski z 1980 roku. Książka rozeszła się bardzo szybko, teraz egzemplarze krążą na Allegro. Klub, swego czasu mistrz Polski, nie miał żadnej monografii i wreszcie ktoś to stworzył.

Inna książka, też uważam pod względem historycznym znakomita, to dzieło Mariusza Kowola pochodzącego z Górnego Śląska. Napisał książkę o tytule, który być może nie mówi za dużo: „Futbol ponad wszystko”. Jest to natomiast pozycja o historii piłki nożnej na Górnym Śląsku w czasie II wojny światowej. Mamy tu przenikanie się polskości, niemieckości i śląskości, tam, gdzie niektórzy nie uważali się ani za Polaków, ani  za Niemców.

To pewnie o Wilimowskim jest sporo?

Sporo, ale do tego wrócimy. W książce jest o wizycie reprezentacji Trzeciej Rzeszy na Górnym Śląsku. O wielu sytuacjach, gdy drużyny z Górnego Śląska grały w rozgrywkach Pucharu Niemiec.

To jak już jesteśmy w tym temacie. Brychczy – Polak, Ślązak, Niemiec?

Trudno teraz oceniać. Imię polskie. Z tymi Ślązakami jest problem, ponieważ w PRL-u chciano, żeby oni się tak zupełnie spolszczyli. Między innymi spolszczano im imiona. Oni tymczasem przecież grali w reprezentacji Polski, nie odmawiali tego. Trudno im odmówić polskości, polskiego pochodzenia. Z drugiej strony gdyby ich zapytać, kim oni są, to wyraźnie mówili, że są Ślązakami.

Wilimowski był takim przykładem najbardziej znanym i tragicznym. Z jednej strony znakomity piłkarz – cztery gole w jednym meczu na mundialu w 1938 roku. Każdy ze starszych kibiców, który go widział, mówił o nim, że był to talent niespotykany, strzelał po kilka goli w meczach Ruchu Chorzów. Kazano o nim zapomnieć w okresie słusznie minionym, bo w czasie wojny grał w reprezentacji Trzeciej Rzeszy. Czy rzeczywiście należy nazywać go zdrajcą, czy raczej po prostu należy uznać, że nie miał innego wyboru.

Nie miał innego wyboru, a musiał ratować swoje życie.

Ja cytuję tylko pytania, jakie stawiane są w debacie, natomiast zdrajcą nazwać go nie można, podzielam Pana zdanie.

Na pewno zabolał go fakt, jak został potraktowany przez kibiców po tym, jak po latach pojawił się na trybunie Ruchu.

Myślę, że lata propagandy zrobiły swoje. Kibice, którzy brali udział w meczach w latach 90., nie mogli pamiętać czasów przedwojennych. Opierali się tylko na narracji tworzonej w czasach powojennych, że „Wilimowski zdrajca, folksdojcz itd”.

Chciałem wrócić do wątku biografii. Kontrowersyjna teza. Czy jest lepsza biografia polskiego piłkarza niż „Pele, Boniek i ja” Stanisława Terleckiego?

Czy jest lepsza biografia? Jest to pytanie kontrowersyjne i ciekawe. Na pewno jest to jedna z pierwszych tego typu biografii, bo ona się ukazała już bodajże w 2006 roku.

Na pewno „Stan” nie był już wtedy w pełni sił psychofizycznych

Tak, oczywiście. Natomiast jest to biografia piłkarza znanego, związanego z Łodzią i przede wszystkim wybitnego. Terlecki też miał jeden z największych talentów w historii Polski. Mówi się o tym, że Boniek i Terlecki szli do pewnego momentu jedną drogą i gdyby nie pamiętna afera na Okęciu, to kto wie, czy oprócz Bońka w Juventusie i Romie nie mielibyśmy też Terleckiego

A tak musieliśmy go mieć w USA, gdzie też był gwiazdą.

Jego życie niestety nie potoczyło się tak, jakby mogło. Dwa lata temu ukazała się również druga książka o Terleckim autorstwa Piotra Dobrowolskiego, przy której pomagał Paweł Lewandowski, który był ze „Stanem” w jego ostatnich dniach. Niestety ta książka jest bardzo smutna, opisuje historię upadku wybitnego piłkarza. Człowiek, który był idolem, ewenementem w świecie piłkarskim, człowiekiem wykształconym, pomagał w strajkach studentów w latach 80., uczył w liceum historii. Człowiek wyróżniający się kończył, pożyczając pieniądze czy też umierając w szpitalu psychiatrycznym.

Chyba największy żal miał do Bońka o to, że mu nie pomógł… Klub starał się robić, co mógł, ale w jego stanie jedyne stanowisko, jakie  mógł zaproponować, to portier na stadionie.

Niestety tak to bywa z legendami, które umierają w nędzy. Wysoko postawieni znajomi nie stają na wysokości zadania,a potem rozpaczają: ” Mogliśmy mu pomóc, mogliśmy coś dla niego zrobić”.

W Łodzi i Pittsburghu Terlecki na pewno zawsze będzie legendą i warto nawet przytoczyć cytat z czasów jego amerykańskiej przygody. „Oddałbym trzy pensje z Ameryki za to, żeby chociaż godzinę przespacerować się Piotrkowską.”

Tak, ten cytat też zapadł mi w pamięć, zwróciłem uwagę na jego przywiązanie do Łodzi, mimo że przecież nie pochodził z Łodzi. Był łodzianinem „nabytym”. Zakochał się w tym mieście, a ono w nim ze wzajemnością. Wielka szkoda, że odszedł w takich smutnych okolicznościach, na pewno mógł dożyć bardziej sędziwego wieku i być bardziej uczczony w Łodzi, bo z pewnością na to zasługuje.

Co do biografii. Dużo na polskim rynku zaczęło się od biografii zagranicznych. SQN wydawało książki o piłkarzach występujących poza granicami naszego kraju. Ich poziom na początku, uważam, nie był zbyt wysoki. Wybierano biografie, które były właśnie swojego rodzaju hagiografiami. Z czasem te lektury były coraz lepsze. Mamy już wiele książek naprawdę ciekawych, w których możemy poznać osobowość piłkarza, jego życie, a nie tylko po łebkach przejść przez jego karierę.

Co do lektur nieudanych taką była na pewno biografia Ryana Giggsa „Moje życie, moja historia”.

Jeden z moich ulubionych piłkarzy.

Moich też. Gol z 1999 roku w półfinale z Arsenalem często oglądam i zawsze 14 kwietnia w rocznicę tej bramki go sobie przypominam. Co tu dużo mówić, jego życie osobiste, szczególnie pod koniec kariery, wizerunek grzecznego chłopca, synka mendżera legł w gruzach. Wielu kibiców odwróciło się od niego po tym, jak rozbił rodzonemu bratu rodzinę. Mamy taką karierę, takie wydarzenia, a książka jest utrzymana w takim cukierkowym tonie „Giggsy, Scholesy”, byliśmy supergrupą, trzymaliśmy się razem. Słodka laurka, a szkoda, bo Giggs to człowiek z krwi i kości. Jeżeli chciałby opisać te swoje grzechy ze skruchą, byłaby to świetna lektura. Zdecydował się jednak na samopochwalną opowiastkę i nie jest ona zbyt wartościowa i przed takimi książkami przestrzegam.

Jak jesteśmy już przy Manchesterze, warto dodać ciekawostkę, że jedyny mecz, w którym nie zdobyli gola w kampanii 1998/1999, kiedy to „Czerwone Diabły” sięgnęły po Ligę Mistrzów, odbył się przy alei Unii 2 z ŁKS-em.

Na naszym nieszczęsnym „Estadio da Gruz” rzeczywiście było 0:0. Później strzelając mnóstwo goli, Manchester doszedł do finału, który w dramatycznych okolicznościach wygrał. Czekam też na kogoś z Polski, kto tę kampanię opisze, bo uważam, że jest to na tyle historyczne osiągnięcie, że należy mu się osobna publikacja.

Jakub Olkiewicz chyba napisał książkę o Manchesterze?

Olkiewicz napisał książkę o Manchesterze z serii słynne kluby, również godną polecenia, ale jest ona poświęcona wyłącznie tej kampanii. Uważam, że jest to temat na książkę. Na przykład o niezwyciężonym Arsenalu SQN wydało książkęArsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu” autorstwa Amy Lawrence, zresztą moim zdaniem całkiem dobrą, podsumowującą naprawdę niezwykły sezon, gdyż Arsenal był pierwszym od XIX-wiecznego wyczynu Preston North End klubem angielskim, który cały sezon nie poniósł porażki.

A o takim kompendium wiedzy jak „Calcio” Johna Foota może Pan coś powiedzieć?

Muszę się uderzyć w pierś. Mam tę książkę, jest pięknie wydana, słyszałem od kolegów, którzy też dużo siedzą w literaturze sportowej, że jest doskonała, ale nie miałem jeszcze okazji jej przeczytać. Ma ponad 600 stron, więc muszę sobie na nią zarezerwować trochę więcej czasu. Tak samo na pewno sięgnę po „Aniołów o brudnych twarzach”. Jonathan Wilson to też jeden z takich ciekawszych autorów, który jest tłumaczony w Polsce.

Wilsona w Polsce ukazała się „Anatomia Liverpoolu” i  wiem, że ukazać ma się „Anatomia Manchesteru United”, obie godne polecenia. Natomiast ja czekam na „Anatomię reprezentacji Anglii”, która również w Polsce pewnie się ukaże. Sądząc po dotychczasowym dorobku autora, będzie kolejną pozycją wartą polecenia. Wilson ma fajny język, dobrze się go czyta, ma bardzo dużą wiedzę. Jeśli będzie pisał kolejne książki, to tylko przed polskimi wydawnictwami zadanie, żeby je tłumaczyć i wydawać. Chętni na zakup na pewno się znajdą.

Michael Cox i jego książki o taktyce. Są to książki dla każdego czy tylko dla wybranej grupy fanatyków, którzy lepiej chcą poznać ustawienie i zadania piłkarzy na boisku?

Jeżeli ktoś ogląda Premier League i jest uważnym obserwatorem, nie ogląda meczów na zasadzie „o, strzelili gola”, tylko rzeczywiście analizuje „tu było 4-4-2, tutaj zagrali diamentem, tutaj grają więcej po skrzydłach”, to na pewno tak, warto zakupić tę książkę i poszerzyć swoją wiedzę taktyczną. Język Coxa jest moim zdaniem całkiem przejrzysty, przyzwoity, nie ma tutaj takiego niebezpieczeństwa, że ktoś nie zrozumie, o co mu chodzi. Jak najbardziej Michaela Coxa polecam. Uważam, że pierwsza książka „Premier League. Historia taktyki w najlepszej piłkarskiej lidze świata” jest nieco ciekawsza, natomiast „Gegenpressing i tiki-taka. Jak rodził się nowoczesny europejski futbol” na pewno również godna jest polecenia.

Czy jeszcze o jakiejś książce chce Pan od siebie opowiedzieć?

Wydawnictwo Arena uderzyło z „grubej rury” i wydali książkę o Brazyliczku Socratesie „Doktor Socrates. Piłkarz, filozof, legenda”. Oczywiście piłkarza Socratesa nie mylić ze słynnym Grekiem. Był to piłkarz bardzo zaangażowany politycznie, lekarz z wykształcenia, który sam podobno namiętnie palił papierosy i pił alkohol. Z tego powodu przedwcześnie umarł.

Jak mówił Zbigniew Boniek,w każdej szatni paliło się tak, że można było „zawiesić siekierę w powietrzu”.

To oczywiście prawda, tylko przy jego medycznym wykształceniu chyba znał skutki takiego trybu życia. Po zakończeniu kariery rozpoczął praktykę lekarską. Kiedy w Brazylii rządziła junta wojskowa, były piłkarz mocno agitował za demokratycznymi wyborami, angażował się w późniejszą demokratyzację Brazylii. Był piłkarzem ponadprzeciętnym, bo oprócz wyczynów na boisku walczył o sytuację polityczną i społeczną w kraju. Książkę o nim jak najbardziej warto przeczytać, szczególnie że jest naprawdę pięknie wydana. Mówi się, że nie ocenia się książki po okładce, ale ja uważam, że sztuka wydawania książek też jest bardzo ważna.

Zgadzam się. My przed sobą mamy na przykład wydanie „On, Strejlau” w miękkiej oprawie. Istnieje natomiast limitowana edycja w twardej oprawie z żółtą okładką, która wygląda zjawiskowo i byłaby doskonałym prezentem.

Pełna zgoda.

Chciałbym jeszcze spytać o dwie książki, o których jest teraz bardzo głośno. Pierwsza to biografia Jerzego Brzęczka autorstwa pani Domagalik o tytule „W grze”. Druga to biografia Tomasza Hajto „Ostatnie Rozdanie” Cezarego Kowalskiego. Skok na kasę? Potrzebna książka? Wydane za wcześnie? Za późno?

Jeżeli mam być szczery, jestem bardzo sceptyczny wobec obu tych książek. Mówiąc o książce Małgorzaty Domagalik i Jerzego Brzęczka, ta książka, mówiąc kolokwialnie, jest źródłem „beki” w internecie i to bardzo mocnej. Bądźmy szczerzy – Jerzy Brzęczek, nawet próbując darzyć go sympatią, nie osiągnął jeszcze niczego szczególnego poza awansem na Euro z grupy, która nie była zbyt trudna. Tymczasem pani Domagalik nazywa go nowym Kazimierzem Górskim. Uważam, że sam sobie zrobił krzywdę. Być może na Euro uda mu się osiągnąć jakiś przyzwoity wynik. Nie chcę tutaj przesądzać, wchodzić w takie rozważania. Książka zaś jest napisana w takim duchu, że mamy do czynienia z geniuszem, trenerem stulecia, dzięki któremu Raków Częstochowa osiąga teraz takie dobre wyniki w lidze

Jak on ich prowadził sześć lat temu w 2. lidze.

Dokładnie. To są niepoważne tezy i ja bym raczej nie polecał tej książki. A co do Tomasza Hajto na pewno bogaty życiorys, biografia kontrowersyjna.

Ale chyba też troszkę za mało w niej tych kontrowersji, znając życiorys „Gianniego”.

Słyszałem właśnie, że nieco wygładzona, co zawsze budzi lekki niesmak. Jeżeli ktoś decyduje się na zwierzenia, to niech będzie do końca szczery z czytelnikami. Piłkarze są i byli ludźmi, którzy „są na świeczniku”, na widoku publicznym, więc każdy, kto się interesuje piłką, wie, co który ma za uszami. I teraz jak dostajemy taką autobiografię, w której jakiś temat jest zgrabnie pominięty, to znaczy tyle, że chce to przed czytelnikiem ukryć, a nie się jakoś z tej przeszłości rozliczyć, i wtedy taka książka traci na wartości. Ja bym jej nie polecał, ale też nie chcę robić żadnej książce antyreklamy. Być może ktoś uzna, że jest to książka wartościowa i ciekawa.

Patrzę na półkę i starając się być sprawiedliwym, chcę powiedzieć coś o obu łódzkich klubach. Jeśli chodzi o ŁKS, to mamy książkę Remka Piotrowskiego „110 meczów na 110 lat ŁKS-u”, niestety książka ta nie trafiła do ogólnej sprzedaży i aktualnie jest białym krukiem. Sam autor też nie był do końca zadowolony ze sposobu dystrybucji tej publikacji. Jest za to książka wydana dziesięć lat wcześniej „100 lat ŁKS”, która traktuje nie tylko o sekcji piłkarskiej łódzkiej drużyny, ale też o wszystkich innych. Jest ona na wyśmienitym poziomie. Działał przy niej szereg historyków Uniwersytetu Łódzkiego, między innymi profesor Bandziak z Instytutu Historii. Jest w niej rozdział o już nieżyjącym profesorze Waldemarze Ceranie, który zajmował się historią Bizancjum, a co ciekawe, w młodości był bokserem ŁKS-u.

Żeby być sprawiedliwym, powiedzmy też o książkach, które mogłyby zainteresować kibiców klubu z alei Piłsudskiego. Powieści historyczne, w których tle są rozgrywane mecze Widzewa, zaczął pisać historyk Piotr Sowiński. Tło w nich stanowią historyczne pojedynki toczone z Juventusem czy Liverpoolem, a same powieści mają charakter kryminalny. Również godna polecenia wydaje się być książka Marka Wawrzynowskiego „Wielki Widzew”. Trudno dostępna, ale na razie to najlepsza antologia derbowego rywala ŁKS-u.

Ostatnie pytanie i przejdziemy do zupełnie innych tematów. Co Jakub Tarantowicz poleciłby z literatury jako prezent pod choinkę?

Na pewno „Mecz to pretekst”, nawet jeżeli ktoś mało interesuje się piłką, a lubi reportaże, to warto. Ta książka na pewno zyska wiele nagród w kategorii reportażu i książki sportowej. Filipa Kubiaczyka „Historia, nacjonalizm i tożsamość”. Książka napisana językiem naukowym, ale świetna, merytoryczna. Autor jest znawcą historii Hiszpanii, porusza tak wiele wątków, więc jeśli komuś się wydaje, że zna się na futbolu hiszpańskim, a nie przeczytał tej książki, to się nie zna. Na pewno polecam wszystko od Andrzeja Gowarzewskiego, szczególnie „Puchar Polski” i ostatni „Rocznik 2020”. Książki Owsiańskiego i Miatkowskiego też polecam, szczególnie jeżeli ktoś interesuje się przedwojenną historią Polski, to znajdzie tam sezon po sezonie wypisane wszystkie mecze z wieloma źródłami, autorom nic nie można zarzucić. Nie mógłbym nie polecić książki Remigiusza Piotrowskiego „Niezwykły świat przedwojennego futbolu”.

Akurat ją warto polecić każdemu w każdej chwili.

Organizowałem spotkanie autorskie z Panem Piotrowskim, jeżeli ktoś nie jest przekonany co do zakupu, zapis z tego spotkania można znaleźć na portalu Retro Futbol.

https://rfbl.pl/wywiad-remigiusz-piotrowski/?fbclid=IwAR09jN5J9wAhQ7WLIvu40LlZI4o_tLAzH4eLZnP92ddgNLQonzyUzg_og-8

Druga część wywiadu będzie dotyczyła historii sportu, więc po zapoznaniu się z listą wybranych przez nas pozycji zapraszam na dalszą część dyskusji. Tym razem pan Jakub opowie nam o historii piłki nożnej rzeczy, których nie powstydziłby się żaden historyk sportu.

Lista Tarantowicza i Kijewskiego

Poniżej prezentujemy książki, które warto rozważyć w kontekście prezentu świątecznego bądź zakupu dla samego siebie, wraz z wydawnictwami i przybliżonymi cenami. Od siebie dodam tylko, że pan Jakub jest człowiekiem o tak wielkiej wiedzy, kulturze osobistej oraz jest tak dużym specjalistą od literatury sportowej, że jeżeli możecie, to naprawdę odwiedźcie jego księgarnię (Łódź, Narutowicza 46, Księgarnia Odkrywcy). Żadnej z wizyt nie pożałujecie, a i pan Jakub  z przyjemnością zaprosi Was na kawę i dyskusję o sporcie. Spójrzcie sami na zdjęcia załączone w artykule i powiedzcie, że nie jest to jedna z piękniej urządzonych księgarni, jaką widzieliście. Dodaję jeszcze link do sklepu internetowego, naprawdę warto wspierać takich pasjonatów jak pan Tarantowicz. Ale przejdźmy już do listy:

  1.  „On, Strejalu” – Andrzej Strejlau i Jerzy Chromik, SQN, około 25 złotych
  2. „Mecz to pretekst” – Anita Werner i Michał Kołodziejczyk, SQN, około 35 złotych
  3. „Puchar Polski” – Andrzej Gowarzewski, Gia, około 40 złotych
  4. „Doktor Socrates. Piłkarz, filozof, legenda” – Andrew Downie, Arena, około 35 złotych
  5. „Niezwykły świat przedwojennego futbolu” – Remigiusz Piotrowski, PWN, około 30 złotych
  6. „Calcio” – John Foot, SQN, około 40 złotych
  7. „Historia, nacjonalizm i tożsamość” – Filip Kubiaczyk, UAM, około 40 złotych
  8. „Navijači. Kibicowski przewodnik po byłej Jugosławii”, TMK, około 80 złotych
  9. „Terlecki” – Piotr Dobrowolski, Harde, około 25 złotych
  10. „Rocznik 1927. Ten pierwszy sezon ligowy” – Jerzy Miatkowski i Jarosław Owsiański, około 40 złotych
  11. „Sevilla F.C. Dzieci Monchiego” – Leszek Orłowski, SQN, około 35 złotych (cała seria Orłowskiego o klubach hiszpańskich jest warta polecenia)
  12. „Moja gra. Autobiografia” – Luka Modrić, SIWZ, cena około 30 złotych

Dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak przebiegała nasza rozmowa, krótki film na YouTubie, w którym rozszerzamy niektóre książkowe tematy poruszone w wywiadzie, gorąco polecam jako uzupełnienie.

Fanatyk

Wiedza pana Jakuba o historii sportu i o sporcie jest ogromna. Tym bardziej jestem mu wdzięczny, że zechciał się nią podzielić z czytelnikami. Będzie o historii polskiej piłki, ŁKS-ie, Luce Modriciu, Machestrze United, Premier League. Innymi słowy, „wszystko, co chcielibyście wiedzieć o piłce, a baliście się zapytać”.

Panie Jakubie, Pana pierwszy świadomie obejrzany mecz?

Na stadionie ŁKS – Lech Poznań 9 czerwca 1998, przegrany przez ŁKS 0:2, ale kilka dni wcześniej ŁKS miał już tytuł mistrzowski, byłem na tym meczu z tatą, siostrą i koleżanką siostry. Miałem wówczas 11 lat i bardzo przeżywałem ten mecz. Nie rozumiałem jeszcze wszystkiego. Martwiła mnie przegrana. Zupełnie nie zwracałem uwagi na to, że ta porażka nie ma żadnego znaczenia.

Ciekawe jest to, że ja byłem chłopcem, który bardzo długo nie interesował się piłką nożną, dopiero w wieku około 10-11 lat się zakochałem.

Pierwszy mecz w telewizji, jaki oglądałem, to ŁKS – Legia 30 maja 1998, wygrany przez ŁKS 3:0. Pamiętam, że ten mecz był na TVP Łódź. Komentatorem był Mikołaj Madej i padła tam taka bramka: Zbigniew Robakiewicz, były piłkarz ŁKS-u, wtedy bramkarz Legii, przepuścił piłkę między nogami po lekkim strzale Rafała Niżnika. Z tego meczu zapadł mi w pamięć komentarz Mikołaja Madeja: „Co też najlepszego zrobił Zbigniew Robakiewicz?” Co ciekawe, wtedy Legia w ciągu dziesięciu dni dwa razy przegrała z drużynami z województwa łódzkiego. Najpierw 20 maja z Widzewem, później 30 maja z ŁKS-em. Jak już wspominałem, te mecze z przełomu maja i czerwca 1998 były pierwszymi, jakie oglądałem świadomie.

Zaraz po tym był mundial Francja 1998, który do dziś uważam za najlepszy, jaki oglądałem. Pamiętne mecze Brazylia – Szkocja, które zmuszone byłem oglądać u dziadków. Cesar Sampaio zdobył wtedy pierwszą bramkę dla „Canarinhos”. Świetna gra Chorwatów. Davor Suker, który został królem strzelców. Chorwaci w ćwierćfinale upokarzający Niemców 3:0. Pamiętam taki obraz – Goran Vlaović strzela gola Niemcom i kiwa w sposób charakterystyczny głową. Ta cieszynka zapadła mi w pamięć do dziś.

Z tego mundialu pamiętam też świetny mecz Argentyna – Holandia, gdzie Bergkamp przyjął bardzo długie podanie od Franka de Boera, minął argentyńskiego obrońcę i świetnym strzałem pokonał Carlosa Roę. Nie mogłem wyjść z podziwu, jak dramatycznym meczem była Anglia – Argentyna w 1/8 finału. Mecz zakończył się 2:2 i później w karnych wygrali Argentyńczycy. Beckham zarobił w tym spotkaniu czerwoną kartkę.

Mecz z najbardziej renomowanym rywalem, który widziałem na żywo, to starcie ŁKS-u z Manchesterem United. Pamiętam, bilety były po 50 złotych, co na tamte czasy było sumą niebotyczną. Na szczęście mój tata zdecydował się kupić bilet dla mnie i dla siebie. Z tego meczu zapamiętałem też, jak kibice ŁKS-u złośliwie skandowali „Argentina, Argentina” za każdym razem, kiedy Beckham był przy piłce. Było to oczywiście nawiązanie do jego popisu na mundialu. Są to moje pierwsze piłkarskie doświadczenia, ale to tak jak z pierwszą miłością – pamięta się je najlepiej.

Pamięta Pan mecz ŁKS – Monaco i jak ŁKS został potraktowany przez Canal+?

Tak. Dokładnie wszystkich okoliczności nie pamiętam. Mecz na pewno był w środku tygodnia, chyba o 15:30. Trwał wtedy konflikt na linii kibice – zarząd klubu, na meczu w eliminacjach europejskich pucharów zjawiła się więc garstka osób. O ile na meczu z Manchesterem było 8 tysięcy kibiców, to na meczu z Monaco było góra 150 osób. Obraz, który poszedł w świat, nie świadczył zbyt dobrze o polskiej piłce. Do polskiego klubu przyjeżdża renomowany rywal, który w składzie ma mistrzów świata: Bartheza, Henry’ego, Trezegueta, a trybuna stoi pusta. Z transmisji tego meczu pamiętam najbardziej gola Piotra Matysa, który po dośrodkowaniu Darlingtona strzelił gola piętą Barthezowi.

To był jeden z jego niewielu goli w ŁKS-ie.

Tak, oczywiście. Piotr Matys nie zrobił wielkiej kariery w ŁKS-ie, ale ten gol dał mu na pewno miejsce  w historii klubu. Bramka ta była pokazywana we wszystkich zagranicznych telewizjach jako bramka tygodnia.

Jeżeli chodzi o zagranicę, to Manchester United, mam rację?

Zdecydowanie Manchester United i znowu ten pierwszy sezon, w którym się w nich zakochałem, to sezon 1998/1999. Zobaczyłem Manchester na żywo w Łodzi i na tyle poruszyło to moje serce, że zostałem już z tym klubem. A to, co zrobili w tej kampanii 1998/1999, kiedy jako pierwsi zdobyli w Anglii potrójną koronę, zrobiło na 11-letnim chłopaku wielkie wrażenie. Rozstrzygnięcia zapadły w ciągu kilku dni. Najpierw grali z Tottenhamem, musieli wygrać ten mecz, gdyż Arsenal deptał im po piętach. Wygrali 2:1.

Następnie finał Pucharu Anglii z Newcastle, wygrany 2:0, i oczywiście legendarny mecz z Bayernem w finale Ligi Mistrzów. Manchester do 90. minuty przegrywa 0:1. Ferguson wprowadza pod koniec Sheringhama i Solskjaera i każdy z nich zdobywa po bramce, dając „Czerwonym Diabłom” zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Wcześniejszy półfinał z Juventusem, kiedy United przegrywało 0:2 i wyciągnęło na 3:2. Tymi meczami żyliśmy wtedy wszyscy.

Dlaczego tak późno zainteresował się Pan piłką?

To jest bardzo ciekawe. Mój tata był aktywnym kibicem, jeździł w latach 70. i 80. na wyjazdy. Ja początkowo interesowałem się historią, ale z czasem trochę koledzy, trochę wpływy rodzinne. Jak już połknąłem tego bakcyla, to wsiąknąłem na dobre. Byłem trochę nieśmiałym chłopcem.

Nie do końca czuł Pan klimat trybun?

Tak. Nie do końca czułem klimat trybun czy nawet takich podwórkowych meczów z kolegami, wolałem czytać książki. Ale tak jak mówię, kiedy już się tym zainteresowałem, to jest to miłość, której nigdy się nie pozbędę. Nawet teraz, będąc mężczyzną po trzydziestce, jest to jedno z takich zainteresowań, które wypełnia większą część mojego życia.

Ulubiony piłkarz zagraniczny?

Powiedziałbym, że Ryan Giggs, ale trudno mi na niego patrzeć po tych wszystkich wydarzeniach pozaboiskowych, więc postawię na Paula Scholesa.

Ulubiony piłkarz z Polski?

Zawsze Bogusław Wyparło, też kontrowersyjna postać, może nie chcę tego w tej rozmowie poruszać, niech zostanie to między kibicami ŁKS-u.

Rzeczywiście zostawmy to.

Natomiast zawsze skandowało się „Bodzio W, Bodzio W”. Jeżeli Wyparło jest kontrowersyjny, mogę też postawić na Marka Saganowskiego, którego karierę śledziłem nawet, jak nie grał w ŁKS-ie. Kibicowałem mu, cieszyłem się, gdy w barwach Legii strzelał gole Widzewowi. Cieszyłem się, kiedy szło mu za granicą w Southampton. Bardzo cieszyłem się też, kiedy wrócił do ŁKS-u, szkoda, że trwało to tak krótko przez nasz spadek i likwidację klubu. Bardzo też lubiłem Rafała Niżnika, niezbyt wysoki, ale bardzo waleczny piłkarz, świetnie wykonywał rzuty wolne, rzuty karneOczywiście nie mógłbym nie wymienić Grzegorza Krysiaka.

Grzesiu, nasz chuligan!

Raz odważyłem się wiosną 2001 roku, kiedy Krysiak doznał poważnej kontuzji i zasiadał na meczu z kibicami na słynnej Galerze, i poprosiłem o autograf. Krysiak nie tylko dał mi autograf, wyjął z kurtki swoje podpisane zdjęcie, które trzymam na pamiątkę do dziś.

Jeżeli chodzi o moje małe marzenie, to replika koszulki z 1998 roku.

Wtedy koszulki były bardzo ciekawe, produkowała je firma Uhlsport. Zamiast standardowego modelu ŁKS otrzymał koszulki ze wzorami geometrycznymi i paskami na bokach. Białą z czerwono-czarnymi i czerwoną z czarnymi paskami. Dodatkowo trzeci komplet był żółty. Obecny drugi komplet czarny przeboleje, bo może nawiązywać do czasów, gdy ŁKS był zakładany i nie można było posługiwać się barwami biało-czerwonymi, dlatego włodarze zarejestrowali czarny kolor.

W dzisiejszej piłce bardzo irytuje mnie, że kluby odeszły od drugiego kompletu strojów związanego z historią bądź barwami klubu. Owszem, pierwszy komplet jest spójny, natomiast drugi jest produkowany „na cały świat”, co sezon zmienianie. Fluorescencyjne barwy, świecące, żółte, pomarańczowe. Jak widzę kluby typu Manchester City, których drugi komplet jest bordowy czy jaskraworóżowy, no sorry, nie! Kluby powinny trzymać się swoich tradycji. Ja wiem, że są to oczywiście względy marketingowe, żeby co sezon sprzedać nową koszulkę, ale ja jestem tutaj konserwatystą i nie podoba mi się taka polityka.

Piłkarz z przeszłości, którego chciałby Pan zobaczyć na żywo, zarówno polski, jak i zagraniczny?

Chciałbym zobaczyć Terleckiego, Jacka Ziobera – podobno to też był świetny technik. Z zagranicznych na pewno tych najsłynniejszych. Maradonę, zobaczyć jak strzelał van Basten, jak dyrygował grą Cruyff czy jak doprowadzał Brazylię do kilku mistrzostw świata Pele. Z przyjemnością zobaczyłbym dryblingi Garrinchy. Stanleya Matthewsa, czyli Anglika, który grał do 53. roku życia. Dziś byłoby to niemożliwe, a on będąc jeszcze po czterdziestce, zdobył Złotą Piłkę.

Marian Łącz czy Pirulo?

Zupełnie inne kategorie, podobna pozycja. Pirulo świetna dyspozycja, w ekstraklasie nie pokazał jeszcze pełni swoich możliwości. Łącz – legenda i ŁKS-u, i Polonii Warszawa, poza tym nietypowy piłkarz, bo łączący karierę aktorską z grą w piłkę. Mówiło się o nim najlepszy piłkarz wśród aktorów i najlepszy aktor wśród piłkarzy. Wystąpił w wielu filmach między innymi „Janosiku” czy „Alternatywach 4”. W końcówce lat 40. Łącz zdobył naprawdę sporo bramek. Mimo,= że Mariana Łącza nigdy na żywo nie widziałem, to jednak z szacunku do historii Łącz.

Stanisław Baran czy Adrian Klimczak?

Tu też stawiam na historię, Klimczak – szybki dynamiczny obrońca na drugim poziomie rozgrywkowym. Baran –klubowa legenda, która zdobyła mistrzostwo Polski.

Hogendorf czy Rozwandowicz?

Trudno porównywać obecnych piłkarzy z tymi z przeszłości. Na pewno jednym, który zapisuje się w historii klubu, jest Maksymilian Rozwandowicz, który zdobywał gole na wszystkich czterech poziomach rozgrywkowych, odkąd zaczęliśmy od nowa. Do tego gol w derbach. Jest symbolem odbudowy klubu, utożsamia się z nim, dlatego tutaj wybieram Rozwandowicza. Natomiast absolutnie nie chcę powiedzieć, że nie doceniam roli Hogendorfa.

Teraz prosty wybór. Soporek czy Corral?

Wybór prosty – Władysław Soporek. Różni ich w sposób diametralny fryzura. Mój dziadek mówił mi o geniuszu Soporka. Po strzałach głową poprawiał swoją niezbyt obfitą fryzurę, zawodnicy trochę się z niego podśmiewywali, ale doceniali go jako piłkarza. Jest on w końcu jednym z najlepszych strzelców w historii klubu.

Wierzy Pan że trener Stawowy może stać się dla ŁKS-u kimś takim jak Leszek Jezierski?

Chciałbym wierzyć. Jak został zatrudniony, bardzo byłem przeciw. Długo nie pracował. Zaczątek pomysłu zaczęło być widać, gdy byliśmy już pewni spadku. Natomiast pierwsze mecze w pierwszej lidze – bardzo mnie kupił. Zwycięskie derby, czy 4:0 z Odrą. Nawet takie gorsze mecze jak w Sosnowcu też rozstrzygnięte na naszą korzyść. Efektowna gra z Sandecją, dwa gole z rzutów wolnych. Trudno powiedzieć, co jest przyczyną tego kryzysu, jaki przechodzi teraz drużyna, czy to jest kwestia wirusa?

Ja też uważam, że ten sezon jest na tyle chory, że raz gramy co trzy dni, raz po miesiącu, więc i forma jest nieustabilizowana.

Kluby nie ujawniają, kto konkretnie choruje, ale możemy się domyślać, kogo brakowało. Piłkarze wracający po chorobie nie są w pełni sił. Dąbrowski, który stanowił monolit defensywy, nagle daje się objeżdżać jak junior, w każdym meczu popełnia jakiś błąd. Stawowy ma naprawdę szansę wprowadzić ŁKS do ekstraklasy, utrzymać nas w niej. Natomiast to, żeby stał się kimś takim jak Leszek Jezierski czy Władysław Król, to już chyba nawet ponad marzenia kibiców.

I tu moje kolejne pytanie o trenerów. Laios Ceizer, Władysław Król czy Leszek Jezierski?

Władysław Król! Piłkarz, hokeista, tenisista, olimpijczyk, trener, który doprowadził piłkarzy do mistrzostwa Polski.

A nie jest trochę tak, że gdyby nie konflikt na linii Tomaszewski – klub, to to trzecie mistrzostwo Polski w latach 70. by było?

Być może tak, ale też możemy tylko gdybać. Należałoby zapytać starszych kibiców niż ja, ale jak patrzy się na ówczesny skład, nie chce się wierzyć, że ta drużyna nic nie osiągnęła. Terlecki, Bulzacki. Albo jakieś kwestie pozasportowe wchodziły w grę, albo jakiś kryzys formy. Natomiast trudno znaleźć drugiego takiego trenera jak Jezierski, który jest szanowany po obu stornach barykady.

Który piłkarz z obecnej kadry ŁKS-u zdobywa Pana największe uznanie?

Wspominałem o Rozwandowiczu, Pirulo świetny technik, moje uznanie zdobywa Dominguez. Chciałbym jeszcze wymienić Aradiusza Malarza, ale jego czas chyba mija. Nie mogę powiedzieć jak redaktor Jakub Olkiewicz, że zawsze wierzyłem w Sobocińskiego. Natomiast cieszy mnie, że jest to wychowanek i odzyskał dawną formę.

Czyli na pierwszym miejscu Rozwandowicz?

Tak, zdecydowanie, za to, jaką drogę przeszedł z ŁKS-em, za gola w derbach, za to, jak utożsamia się z drużyną.

A z przeszłości?

Tak jak mówiłem, Marek Saganowski, cieszył mnie jego powrót, zdobył gola w derbach.

ŁKS awansuje?

Gdybyśmy rozmawiali miesiąc temu, to pytałbym tylko, z którego miejsca awansuje, a teraz mówię „oby”.

Junior ŁKS-u, którego ceni Pan najbardziej?

Zaskoczę Pana, jest to junior kategorii młodszej, trenuje w roczniku 2008. Tymon Kuprianis, talent z pewnością ma, a z tych starszych chciałbym zobaczyć w pierwszym składzie Mieszko Lorenca, szczególnie w kontekście kryzysu ze środkowymi obrońcami. Mówi się o jego talencie już od dłuższego czasu, a tymczasem nie dostał jeszcze szansy.

Trener Stawowy na konferencji obiecywał, że zobaczymy Mieszko w pierwszej lidze, pozostaje więc nam czekać. Ja bardzo wierzę w Sajdaka.

Jest jeszcze w wieku juniorskim, natomiast ja go traktuję już jako pełnoprawnego członka drużyny. Jakby nie patrzeć, jest jednym z najlepszych asystentów w lidze. Myślę, że on ma potencjał i będzie z niego pożytek.

A co do Kelechukwu? Para poszła w gwizdek czy coś z tego będzie?

Za mało szans dostał, dostaje same końcówki, w Pucharze Polski strzelił gola, ale to jest za mało. Jak dostanie więcej szans, będzie można powiedzieć, czy jest w stanie coś drużynie dać.

Z piłkarzy obecnie grających za granicą, którego Pan darzy największą estymą?

Rashford, ze względu na działalność charytatywną, postawę boiskową i charakter. Nie jest przypadkiem, że został odznaczony medalem MBE od samej królowej Elżbiety. Bardzo lubię i cenię piłkarzy, którzy oprócz umiejętności piłkarskich robią coś więcej. Potrafią się wypowiedzieć, zaangażować w akcje pomocy.

Doceniam też bardzo Salaha, jego fryzura budzi skojarzenia z naszym Corralem. Nie jest to ten sam Salah co w pierwszym sezonie, gdzie wszystko, co strzelał, wpadało do bramki, ale z bocznego pomocnika stał się napastnikiem bardzo dynamicznym. Za grę w reprezentacji doceniam Lukę Modricia. Człowiek o żelaznych płucach, który mimo zaawansowanego wieku piłkarskiego nadal daje radę.

Gość, który nie notuje goli i asyst, a robi w środku pola niesamowitą robotę.

Jak oglądaliśmy mundial w Rosji, to nieważne czy 10. czy 90. minuta, cały czas miał tyle samo siły do biegania. W temacie książek pominęliśmy biografię Modricia, która przeszła trochę bez echa, a moim zdaniem jest bardzo dobra. Podejmuje temat jego dzieciństwa na Bałkanach, bardzo trudnego dzieciństwa naznaczonego wojną, śmiercią dziadka zabitego przez serbskich siepaczy. Spędził młodość w obozach dla uchodźców. A sama kariera piłkarska. Spędził w Realu osiem lat, święcił sukcesy, święcił sukcesy z reprezentacją – piłkarz wybitny.

Z Greenwooda coś będzie czy to „one season wonder”?

Mam nadzieję że będzie, byle się nie zmarnował jak Nene i inni piłkarze, którzy przepadli w Manchesterze. Pozwolę sobie na dygresję. Sto razy bardziej wolałbym, żeby trenerem nadal był Solskjaer, a z klubu, póki można zarobić na nim jakieś pieniądze, odszedł irytujący wszystkich Pogba

Z głośnych ruchów do Premier League mamy teraz transfery Karbownika i Modera do Brighton. Poradzą sobie w tym klubie, Brighton w ogóle zostanie w Premier League?

Ja się jakoś bardzo nie ekscytuję tymi transferami, dla nich jest to nobilitacja. Trafili do klubu lepszego, ponad swoją aktualną wartość, może się tam rozwiną, może nie „na dwoje babka wróżyła” Jeśli się wkomponują w drużynę i Brighton zostanie w Premier League, to czemu nie? Ja natomiast nie jestem co do tych ruchów przekonany.

Omówiliśmy chyba wszystko, wiemy, które książki warto kupić, które nie są warte uwagi. Poznaliśmy dużo ciekawych faktów z historii zarówno polskiej piłki, jak i zagranicznej. Ja ze swojej strony zachęcam do odwiedzania pana Jakuba w Księgarni Odkrywcy przy Narutowicza 46 w Łodzi i śledzenia jego konta na Twitterze. Dziękuję za rozmowę i obyśmy jak najszybciej zobaczyli się na trybunach.

Komentarze
Łukasz89 (gość) - 1 miesiąc temu

Interesujący wywiad, jednakże mocno nie zgadzam się z dwiema rzeczami. Po pierwsze, trener Piechniczek nie mógł obrazić się na Andrzeja Iwana za domniemane nakłanianie do aborcji. Dlaczego? Ponieważ to sugerował nie Piechniczek, a Orest Lenczyk. Notabene, w biografii Iwana jest napisane, że w późniejszych latach trener Lenczyk go za to przeprosił. Opisana została również historia córki piłkarza, która podczas dziennikarskiego stażu umówiła się z trenerem Lenczykiem i podpytała go o jego poglądy na aborcję.
Druga sprawa dotyczy książki "On, Strejlau". Pozwolę sobie mieć zupełnie inną opinię niż panowie. Książka, (według mnie, rzecz jasna) jest lekko przynudzająca (chociaż spokojne tempo to cecha wywiadu-rzeki) , mało ciekawa (wątek pracy trenera Strejlaua w Chinach potraktowany po macoszemu) oraz źle skomponowana. Jeśli chodzi o ten ostatni zarzut, wyjaśniam - w ogóle nie rozumiem sensu takiej kompozycji/edycji rozdziału "As twittera", jaka została umieszczona w książce. Od strony 341-382 wykorzystana technika "kopiuj-wklej". Po co to? Na co? Wyszło jak przedłużanie książki "na siłę". "Rozliczanie się" trenera dla mnie średnio wyszło, zwłaszcza przez brak nawiązania do słynnej wypowiedzi odnośnie trenera Białka i klubu z Grodziska Wielkopolskiego.
Podsumowując, osobiście stawiam znak równości między biografiami trenerów Gmocha i Strejlaua, przy czym obie pozycje mnie, bardziej lub mniej, rozczarowały. Wpływ na to miały wcześniej przedstawione przeze mnie "wady" książki "On, Strejalu" oraz niektóre huraoptymistyczne recenzje, z którymi zapoznałem się przed zakupem. Przez to może za bardzo nastawiłem się, że przeczytam prawdziwą "petardę". Jeśli zaś chodzi o biografię trenera Gmocha to rzeczywiście tutaj można wstawić wielki minus za...hm... "bogatą wyobraźnię" byłego selekcjonera. I tym można wszystko wyjaśnić :)

Odpowiedz
Jakub Tarantowicz (gość) - 1 miesiąc temu

Dziękuję za komentarz. Co do trenera Piechniczka rzeczywiście mogłem się pomylić, ale nie ciągnęliśmy tego tematu zbyt długo. Mówiąc szczerze, pamiętałem, że Piechniczek krytykował książkę Iwana, ale nie pamiętałem, co dokładnie było przedmiotem tej krytyki.
A jeśli chodzi o książkę "On, Strejlau" to mimo wszystko zostanę przy swoim zdaniu. Czytałem ją naprawdę z wypiekami na twarzy i podtrzymuję, to co powiedziałem - Strejlau mówi barwie, ciekawie i jego wypowiedzi mają jakąś treść, ale rozumiem, że mogło niektórych wątków czytelnikom zabraknąć. Część "twitterowa" mi nie przeszkadzała, a nawet, uważam, była udanym zabiegiem edytorskim. Oczywiście to kwestia gustu. Pozdrawiam.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze