Wypadałoby w tym miejscu napisać coś o Flocie Świnoujście. „Wyspiarze” spisują się w bieżącym sezonie wyśmienicie i, o dziwo, wciąż są na fali wznoszącej. Albo o Zawiszy Bydgoszcz, który również lada chwila będzie zbroił się na ekstraklasę. Albo o Termalice, która znów zachłysnęła się wysoką pozycją i straciła cenne trzy punkty. Ale nie, dziś nie o tym. Dziś druga strona medalu. Ta, na którą nikt nie patrzy. Dzisiaj nie o tych co są na fali, ale o tych, którzy toną – o ŁKS-ie Łódź.
Piłka nożna taka już jest. Żeby wygrywać mógł ktoś, ktoś inny musi przegrać. W końcu czasem przegrywać mogą nawet najlepsi. To żaden wstyd ponieść porażkę, o ile walczy się do końca. A nawet jeśli się nie walczy, to też nie wstyd przegrać, bo przegrana różne ma oblicza. Niektórzy są zdania, że przegrywać można nawet lubić, o ile nie wpływa to na wysokość pensji. Były takie czasy, kiedy można było przytoczyć przysłowie – przegrywanie za pieniądze honorowym i zaszczytnym obowiązkiem każdego piłkarza. No, już dosyć. Zawodnicy ŁKS-u nasłuchali się o przegrywaniu już wystarczająco dużo, nie można ich tak gnębić.

Łódzki Klub Sportowy – właśnie ten klub zasłużył sobie na to, by trafić na łamy cyklu „Na zapleczu”. Dlaczego? Bo przegrał (a co tam, niech ma raz jeszcze). Ale to szczegół, to normalne. Jednak jeśli świeżo upieczony spadkowicz z ekstraklasy, z kilkoma piłkarzami mającymi na koncie debiut w reprezentacji Polski, z trenerem, który posiada najwięcej występów ligowych w historii polskiej ekstraklasy na własnym stadionie, przed własną publicznością dostaje baty 1:7, to coś jest po prostu nie halo. 1:7?! Tyle to nawet zabawny twór o nazwie Tygodnik Miliarder Pniewy w ekstraklasie nie obrywał (dostał lanie 0:9 z Górnikiem Zabrze, ale dopiero po zmianie szyldu na Sokół Tychy).
No to teraz parę złotych myśli trenera Chojnackiego. – Zespół Floty niczym nas nie zaskoczył. Czytaj – tak, spodziewaliśmy się batów, tak mniej więcej około sześć goli przewagi Floty, tak nam wyszło podczas wróżenia z fusów. – Wiedzieliśmy, gdzie są mocne i słabe strony przeciwników, i nie pomyliliśmy się. Czytaj – dobrze wykonują stałe fragmenty, więc z nami też sobie z nich postrzelają. – Wynik 1:7 wskazuje, że był to mecz do jednej bramki, ale ja uważam, że momentami było inaczej. Była zmiana stron po przerwie. – Zdawaliśmy sobie sprawę, że Flota rozgrywała ostatnio trudny mecz pucharowy i swojej szansy szukaliśmy w przygotowaniu fizycznym. Każdy po 100 pompek i 200 przysiadów przed spotkaniem, profilaktycznie, bo z fusów wyszło, że przegramy, więc karę można odbębnić zawczasu Albo komuś film się urwał, bo zdolność postrzegania trochę inna niż u większości obecnych na boisku (piłkarze Floty i sędziowie to większość), albo łodzianie sobie powiedzieli, że już nie grają, niech się dzieje, co chce.











