Nieraz zdarzało się, że potrafiliśmy skreślić zawodnika za szybko. Po kilku meczach łatwo powiedzieć: a tam, nic z tego nie będzie. Nie ma co ukrywać, że zazwyczaj kibice oczekują czegoś na już, na teraz, a jakbyśmy popatrzyli, to mało jest na świecie piłkarzy, którzy od razu błyszczą. Lech Poznań był przygotowany na to, że nie wszystkie jego transfery z poprzednich okienek z marszu staną się kozakami. Kozakami mają okazać się w najważniejszych momentach.
Nie oceniamy zimowego okienka Lecha. Na to jeszcze przyjdzie czas, choć już teraz widać, że Kristoffer Velde sroce spod ogona nie wypadł, a dla Dawida Kownackiego Fortuna Duesseldorf biła swój rekord transferowy, kładąc na stół około 6 milionów euro. Bardziej mamy na myśli piłkarzy, którzy są już pół roku albo rok w „Kolejorzu”. Wszystkich łączy jedno. Przeciętne wejście do zespołu, ale bez nich najprawdopodobniej Lech nie byłby w tym miejscu, gdzie jest teraz.
Lech Poznań a mityczna aklimatyzacja
Mityczne słowo – aklimatyzacja. Ale nie ma co ukrywać, że ona występuje. Nie każdy zawodnik jest w stanie wejść do ligi jak Vahan Bichahchyan, choć zobaczymy, jak długo będzie w stanie grać z taką skutecznością jak na początku. Prawda jest taka, że dopiero gdzieś po pół roku możemy wymagać od piłkarza pokazania pełni umiejętności.
Przypomnijmy sobie pierwszy mecz Jespera Karlstroma w barwach Lecha. Górnik Zabrze na wyjeździe i gdyby nie łaskawość sędziego, wyjazd z boiska w 2. minucie. Ogólnie nikt by nie powiedział rok temu, że będzie to najlepsza „szóstka” w lidze. Z tą „szóstką” to trochę przesadziliśmy, bo pomimo że Szwed zazwyczaj jest najbardziej defensywnie ustawionym pomocnikiem, to potrafi wprowadzić niemałe zamieszanie w szeregach rywali, co pokazuje w tym sezonie.
W tym momencie można o nim spokojnie powiedzieć: top 3 piłkarzy PKO Ekstraklasy. Kluczowa postać w układance „Kolejorza”. Wymienni są tylko partnerzy w środku pola u boku Szweda. Karlstrom stał się lokomotywą, która rozbija rywali tak jak Lech. To od niego się zaczyna dobra gra „Dumy Wielkopolski”. W Szczecinie – być może podczas najważniejszego meczu sezonu – był gwiazdą. Gdy wszedł na swój poziom, to zezłomował Pogoń w środku pola, ale gdy z Rakowem rozgrywał przeciętne spotkanie, cierpiała cała drużyna. Niby nie brał udziału przy żadnej bramce Lecha w tym sezonie, ale jest to absolutną nieprawdą. Choćby w Szczecinie to od jego przerzutu zaczęła się akcja bramkowa. Zresztą pomysł Macieja Skorży, aby pozwolić Karlstromowi schodzić na skrzydła, wypalił w 100%. Łeb na karku trzeba mieć, żeby wymyślić taki plan.











