Reprezentacja Polski nie była gotowa na mundial [FELIETON]


Polacy na mundialu mieli zagrać w grupie F, czyli grupie, której wszyscy przedstawiciele odpadli już w 1/16 finału.

2 lipca 2026 Reprezentacja Polski nie była gotowa na mundial [FELIETON]
Dawid Szafraniak

Z każdym upływającym miesiącem od marcowych baraży coraz mniej żałuję, że nie udało się zakwalifikować Polakom na obecny mundial. Reprezentacja Polski nie była gotowa na mistrzostwa świata i przez brak odpowiednich doborów personalnych PZPN-u jeszcze długo nie będzie. Rozczarowanie podsyca wczesne odpadnięcie Holandii, Japonii i Szwecji – czyli drużyn z grupy F, do której miała trafić Polska.


Udostępnij na Udostępnij na

Dla jasności, nie mam zamiaru stawiać tezy, jakoby turnieje rangi światowej były przyjemniejsze w odbiorze bez Polaków. Bo nie są. Dla polskiego kibica, w tym dla mnie, jest to gratka. Dwuletnie odstępy pomiędzy mistrzostwami Europy i świata są niczym innym jak długim wyczekiwaniem, by zobaczyć ukochaną reprezentację narodową na najwyższym możliwym szczeblu.

Wyczekiwanie idzie wówczas w parze z oczekiwaniami. Tę część lubię jednak mniej. Nieustanne pompowanie balonika, nastawianie się na sukces (w skali polskiej), aż w końcu następuje spektakularne pęknięcie z hukiem i rozczarowaniem.

Choć nie ukrywam, mnie również entuzjazm w tym okresie się udziela.

Katarska nadzieja

Pojawił się nawet w 2022 roku, gdy reprezentacja Polski wyeliminowała Szwedów w finale baraży, rzutem na taśmę kwalifikując się na katarski mundial. Pozytywnego przedmundialowego nastawienia nie zakrył nawet ówczesny styl gry, polegający bardziej na unikaniu futbolówki niż na próbach rozgrywania jej, oraz idąca za nim wypowiedź Grzegorza Krychowiaka po meczu towarzyskim z Chile, w której radził, by „nie oczekiwać od nich pięknego grania w piłkę”.

Niewątpliwego sukcesu na ubiegłym mundialu (jak na nasze standardy), czyli awansu do fazy pucharowej po 36 latach (!), również nie zniszczyła ani dyskusyjna przeszłość ówczesnego selekcjonera, Czesława Michniewicza, ani nawet błaganie Argentyńczyków o litość oraz pomoc w wyjściu z grupy (błagania okazały się skuteczne i o awansie zadecydował bilans bramkowy). Całą radość i ekscytację zabiła dopiero afera premiowa oraz ciągnący się za nią smród, przez który niesmak czuję po dziś dzień. Uznajmy jednak, że mimo utrudnień, do pewnego czasu entuzjazm był.

Życie bezmundialowe reprezentacji Polski

Podczas marcowych baraży do tegorocznego mundialu wspomnianego entuzjazmu nie miałem.  Byliśmy krótko po listopadowym meczu z Maltą, chorobliwie wymęczonym, w którym Maltańczycy byli o krok od sprawienia niespodzianki. Miesiąc wcześniej (w październiku) rozegraliśmy również rozczarowujący mecz z Litwinami. Kadra grała w kratkę – w parze z niespodziankami szły rozczarowania. Przygotowywałem się na najgorsze.

W meczu z Albanią dostałem jedynie świadectwo mierności i wszechogarniającej apatii. Nie dość, że Albańczycy grali lepiej od nas, to przy minimalnie lepszej skuteczności prawdopodobnie wygraliby to spotkanie bez najmniejszego trudu. Za ręce z barażowej czeluści wyciągnęły nas błędy rywali i indywidualności – gol Roberta Lewandowskiego po rożnym i pomyłce bramkarza przy wyjściu do dośrodkowania, bramka Piotra Zielińskiego po świetnym uderzeniu zza pola karnego. Przy odrobinie mniejszym szczęściu, marzenia o mundialu zakończylibyśmy już na pierwszym barażowym meczu.

Szwecja miała na nas określony plan. Dać nam grać w piłkę, stosować niski blok i czekać na swoje. Rzecz jasna, przy ich możliwościach kadrowych świadome oddanie inicjatywy jest dość mało ambitne i prymitywne, by zwyciężyć potrzebowali też mnóstwo uśmiechu losu – swoje sytuacje nagminnie marnował Kamiński. Jednak przy fatalnej organizacji gry obronnej, słabym zarządzaniu meczem przez Jana Urbana, szwedzki pragmatyzm w zupełności wystarczył.

Mecze towarzyskie z Ukrainą i Nigerią jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że na ten mundial zwyczajnie się nie nadajemy.

Grupa F poza mundialem

Już teraz wiemy, że grupa F, do której trafiliby Polacy, gdyby przeszli Szwedów, była jedną z najgorszych na mundialu. Szwecja, Japonia i Holandia odpadły już w 1/16 finału.

Holendrzy zostali stłamszeni przez Marokańczyków. Zaledwie 30% posiadania piłki i sześć oddanych strzałów. Mecz był w pełni pod dyktando Maroka. Afrykańczycy dominowali, bez najmniejszego problemu spotkanie mogli zakończyć w regulaminowych dziewięćdziesięciu minutach.

Japończycy z kolei po pierwszej połowie zaprezentowali się naprawdę dobrze. Do spotkania z Brazylią podeszli w sposób pragmatyczny, zorganizowany. Nie pozwalali im na wiele, skutecznie powstrzymywali ofensywne natarcia, skazując Canarinhos na bezradność w ostatniej tercji boiska. W drugiej połowie obraz gry diametralnie się zmienił. Brazylijczycy wrzucili trzeci bieg, całkowicie sparaliżowali Japonię i odrobili jednobramkową stratę.

Szwedzi, zgodnie z przewidywaniami, przegrali z Francuzami 0:3. Klasa rywala była poza ich zasięgiem. Niemniej w przypadku zarówno Japończyków, jak i Holendrów kibicowskie apetyty mierzyły dużo wyżej. Odpadnięcie na tak wczesnym etapie, w obu przypadkach, mimo przeciwników wysokiej rangi można nazwać rozczarowaniem.

Przykra polska rzeczywistość

Polska na tegorocznych mistrzostwach świata szału by nie zrobiła. Być może, z odrobiną szczęścia, udałoby się powtórzyć wynik z eliminacji i wyszarpać jeden punkt Holendrom. W połączeniu ze zwycięstwem nad Tunezją byłaby szansa na wyjście z grupy z trzeciego miejsca, ale to tylko sfera przypuszczeń.

Z braku awansu moglibyśmy wyciągnąć wnioski. Na ostatnie dwa turnieje dostawaliśmy się tylnymi drzwiami, a na Euro 2024, ze szczególną pomyślnością losu. Dotychczas regularne awanse przykrywały największe bolączki polskiej kadry, nawet jeśli były one na tzw. „gapę”.

Reprezentacja za Jana Urbana się nie rozwija, wręcz cofa w rozwoju. Na mecze wychodzimy bez mapy, tak jakby trener nie dawał jasnych instrukcji swoim zawodnikom. Jakby nie miał planu na to, jak przejąć kontrolę nad spotkaniem, jak je wygrać i w jaki sposób przeprowadzić je na swoich warunkach. Wszelkie mniejsze sukcesy selekcjonera to błogosławieństwo momentów. Bo tak się akurat udało.

W reprezentacji nie ma wypracowanego kolektywu, jasnej myśli przewodniej, za którą można by podążać. Po niemal roku pracy Urbana reprezentacja nie posiada postawionych fundamentów, na których stawianie kolejnych cegieł i budowanie polskiej tożsamości byłoby jedynie formalnością i kwestią czasu. Jaką reprezentację zastał, taką prawdopodobnie zostawi. Z różnicą załagodzonych konfliktów i z łączącym projekty Urbana oraz Probierza brakiem popchnięcia drużyny do przodu.

Polsko-portugalski przekładaniec

W błędnym selekcjonerskim kole tkwimy już od dłuższego czasu – 29 grudnia 2021 roku, kiedy Paulo Sousa złożył rezygnację z pełnionej funkcji, był kamieniem milowym. Ostatni raz, gdy czułem, że owe fundamenty są stawiane, że jest na czym budować, i że reprezentacja wykazuje progres, to był właśnie moment pracy Portugalczyka. Gdy Polska chciała grać w piłkę, bez kompleksów przystępowała do spotkań z Hiszpanami na mistrzostwach Europy i Anglikami w eliminacjach do mistrzostw świata. Wówczas bez problemu mogłem mówić, że widzę dla reprezentacji przyszłość; że robimy kroczek ku rozwojowi.

Po Sousie mieliśmy już jedynie epizody z ludźmi, którzy selekcjonerów tylko udawali lub przynajmniej próbowali nimi być. Bezpośrednio Portugalczyka zastąpił Czesław Michniewicz, którego kadra grała bodaj najbrzydszy futbol w ostatnich kilku latach. Mimo że bronił się wynikami, progresu przy jednoczesnym braku gry w piłkę na próżno było szukać. Ostatecznie odszedł w atmosferze skandalu afery premiowej.

Następnie przyszedł czas na Fernando Santosa – selekcjonera z kategorii tych, którzy jedynie udawali. Efekt jego pracy? Poprowadził reprezentację w 6 meczach, trzy z pięciu oficjalnych spotkań przegrał – w tym pamiętny mecz z Mołdawią zakończony 3:2. Jego następcą został Michał Probierz, który próbował być selekcjonerem. Obiecujący początek w postaci Euro 2024 zastąpił następnie znaczący regres w grze. Potem była utrudniająca eliminacje do mistrzostw świata porażka z Finlandią. Na końcu kłótnia z kapitanem kadry, odebranie mu opaski i finalnie podanie się do dymisji.

Reprezentacja Polski i poszukiwanie straconego czasu

Z każdym z powyższej trójki zmarnowaliśmy jedynie cenny czas – pięć lat kręcenia się w kółko, zatrudniania kolejnych trenerów z tym samym skutkiem. Michniewicza, Santosa i Probierza można wrzucić do tego samego worka, żaden z nich nie był w stanie zapewnić reprezentacji ciągłości projektu (jeśli w ogóle można ich pracę nazwać „projektem”) i tym samym tkwiliśmy bez przerwy w martwym punkcie. Nie inaczej jest z Janem Urbanem, za którego również chodzimy w kółko. Jest to tak samo nieudany wybór jak każdy z poprzednio wymienionych, bo za jego kadencji nie zbudujemy niczego, ponownie pogrążając się w stagnacji oraz nieudolności. I normalnie optowałbym za jego zwolnieniem, tak jak było z każdym poprzednim selekcjonerem od 2022 roku. To znaczy, w normalnych reprezentacyjnych warunkach. Z normalnym zarządem i z normalnym prezesem, który panuje nad całością.

Celowo powtarzałem słowo „normalny”, bo obecnie panujące warunki w związku nie są normalne. Przy otoczonym nieustannymi klęskami wizerunkowymi PZPN-ie na więcej liczyć nie można. Bo jaki selekcjoner chciałby pracować w związku, w którym Mirosław Stasiak, skazany za 43 czyny korupcyjne, został wpuszczony na pokład samolotu kadry, a następnie odpowiedzialność za jego obecność została przerzucona na sponsorów? W którym jako ochroniarza Roberta Lewandowskiego zatrudniono „Gruchę”, oskarżonego o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, propagującej ideologię neonazistowską? Zawieszonego dopiero na kilka dni przed mundialem w 2022 roku po ujawnieniu informacji przez dziennikarza Wirtualnej Polski, Szymona Jadczaka.

Reprezentacja Polski: kiedy będzie lepiej?

Zdaję sobie sprawę, że dopóki PZPN-em kieruje Cezary Kulesza, do tego czasu doświadczeni selekcjonerzy, którzy dbają o swoje nazwisko i markę, na reprezentację Polski nawet nie spojrzą. Ofertę po przeczytaniu wyśmieją, a następnie wyrzucą do kosza.

Zatem przynajmniej do czerwca 2029 roku, gdy kończy się kadencja obecnego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, na nikogo lepszego niż Jan Urban liczyć nie można. Liczba skandali, które krążyły wokół reprezentacji przez ostatnie cztery lata, skutecznie odepchnie każdego zagranicznego trenera z bogatym CV (a może i nie tylko tych zagranicznych). A fakt, że nie byliśmy w stanie zakwalifikować się do prawdopodobnie najsłabszej grupy mundialu, jedynie podsyca niesmak i rozczarowanie pozostawione po marcowych barażach.

Trzeba zacząć się przyzwyczajać.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze