Z każdym upływającym miesiącem od marcowych baraży coraz mniej żałuję, że nie udało się zakwalifikować Polakom na obecny mundial. Reprezentacja Polski nie była gotowa na mistrzostwa świata i przez brak odpowiednich doborów personalnych PZPN-u jeszcze długo nie będzie. Rozczarowanie podsyca wczesne odpadnięcie Holandii, Japonii i Szwecji – czyli drużyn z grupy F, do której miała trafić Polska.
Dla jasności, nie mam zamiaru stawiać tezy, jakoby turnieje rangi światowej były przyjemniejsze w odbiorze bez Polaków. Bo nie są. Dla polskiego kibica, w tym dla mnie, jest to gratka. Dwuletnie odstępy pomiędzy mistrzostwami Europy i świata są niczym innym jak długim wyczekiwaniem, by zobaczyć ukochaną reprezentację narodową na najwyższym możliwym szczeblu.
Wyczekiwanie idzie wówczas w parze z oczekiwaniami. Tę część lubię jednak mniej. Nieustanne pompowanie balonika, nastawianie się na sukces (w skali polskiej), aż w końcu następuje spektakularne pęknięcie z hukiem i rozczarowaniem.
Choć nie ukrywam, mnie również entuzjazm w tym okresie się udziela.
Katarska nadzieja
Pojawił się nawet w 2022 roku, gdy reprezentacja Polski wyeliminowała Szwedów w finale baraży, rzutem na taśmę kwalifikując się na katarski mundial. Pozytywnego przedmundialowego nastawienia nie zakrył nawet ówczesny styl gry, polegający bardziej na unikaniu futbolówki niż na próbach rozgrywania jej, oraz idąca za nim wypowiedź Grzegorza Krychowiaka po meczu towarzyskim z Chile, w której radził, by „nie oczekiwać od nich pięknego grania w piłkę”.
Niewątpliwego sukcesu na ubiegłym mundialu (jak na nasze standardy), czyli awansu do fazy pucharowej po 36(!) latach, również nie zniszczyła ani dyskusyjna przeszłość ówczesnego selekcjonera Czesława Michniewicza, ani nawet błaganie Argentyńczyków o litość oraz pomoc w wyjściu z grupy (błagania okazały się skuteczne i o awansie zadecydował bilans bramkowy). Całą radość i ekscytację zabiła dopiero afera premiowa oraz ciągnący się za nią smród, przez który niesmak czuję po dziś dzień. Uznajmy jednak, że mimo utrudnień, do pewnego czasu entuzjazm był.
Życie bezmundialowe reprezentacji Polski
Podczas marcowych baraży do tegorocznego mundialu wspomnianego entuzjazmu nie miałem. Byliśmy krótko po listopadowym meczu z Maltą, chorobliwie wymęczonym, w którym Maltańczycy byli o krok od sprawienia niespodzianki. Miesiąc wcześniej (w październiku) rozegraliśmy również rozczarowujący mecz z Litwinami. Kadra grała w kratkę – w parze z niespodziankami szły rozczarowania. Przygotowywałem się na najgorsze.
W meczu z Albanią dostałem jedynie świadectwo mierności i wszechogarniającej apatii. Nie dość, że Albańczycy grali lepiej od nas, to przy minimalnie lepszej skuteczności prawdopodobnie wygraliby to spotkanie bez najmniejszego trudu. Za ręce z barażowej czeluści wyciągnęły nas błędy rywali i indywidualności – gol Roberta Lewandowskiego po rożnym i pomyłce bramkarza przy wyjściu do dośrodkowania, bramka Piotra Zielińskiego po świetnym uderzeniu zza pola karnego. Przy odrobinie mniejszym szczęściu marzenia o mundialu zakończylibyśmy już na pierwszym barażowym meczu.










