W ramach 7. kolejki PKO BP Ekstraklasy Legia Warszawa mierzyła się u siebie z Motorem Lublin. Efekt? Dwa rzuty karne, ogrom akcji i siedem goli. Ostatecznie mecz ten zakończył się wynikiem 5:2, co jest już czwartym ligowym zwycięstwem „Wojskowych” w tym sezonie. Motor notuje zaś drugą porażkę i niebezpiecznie zbliża się do strefy spadkowej. Czas na wnioski z tego spotkania.
Legia wygrała z Motorem Lublin zasłużenie. Tworzyła dużo sytuacji, była bardziej konkretna i wynik poniekąd odzwierciedla przebieg tego spotkania. Warszawiacy byli lepsi, zaś goście naprawdę walczyli i zaprezentowali się godnie.
Gole dla „Wojskowych” zdobywali kolejno Bartosz Kapustka, Paweł Wszołek, Migouel Alfarela, Bartosz Kapustka (po raz drugi) oraz Jean-Pierre Nsame. Dla Motoru strzelali zaś Sebastian Rudol i Mbaye Jacques Ndiaye.
Przebudzenie Bartosza Kapustki
O Bartoszu Kapustce pisaliśmy już przy okazji kilku poprzednich meczów. Zasługiwał na same pozytywne komentarze. Musimy pochwalić go po tym spotkaniu ponownie, bo od pewnego czasu pomocnik ten jest w doprawdy genialnej dyspozycji, co potwierdził także w niedzielne popołudnie. A to nie zawsze było codziennością. Dobrego Bartosza Kapustkę traktowaliśmy jeszcze w poprzednim, jak i na początku tego sezonu jedynie jako pewne wspomnienie. Wspomnienie z czasów, kiedy cała Polska zachwycała się młodym (ok. 19-letnim), powoływanym do reprezentacji Polski Bartkiem z Cracovii. Później wyjazd za granicę, perturbacje i przedwczesny powrót do Polski.
W Legii miał początkowo momenty – później jednak kontuzja i ponowne przygaśnięcie na dłuższy czas po powrocie do gry. Krytykowano go i robiono to słusznie. Nie dawał Legii absolutnie nic, a oczekiwania były, rzecz jasna, bardzo duże. Na początku tego sezonu one wzrosły ze względu na to, że odszedł główny kreator akcji ofensywnych „Wojskowych”, Josue, a Kapustka w kwestii zastąpienia go w tym aspekcie wydawał się mieć największe predyspozycje z pozostałych w kadrze zawodników.
Na samym początku sezonu królował Luquinhas, jednak z czasem Brazylijczyk przestał mieć aż tak znaczący wpływ na zespół. Wówczas oczy sympatyków warszawskiego klubu skierowały się na omawianego „Kapiego”, który wciąż zawodził. Trener Goncalo Feio postanowił włączyć jego osobę do bardziej ofensywnej gry, z której wywodził się 27-latek. Z niej został ograniczony jeszcze przez poprzedniego trenera, Kostę Runjaicia. Teraz wiemy już, że decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę. Kapustka, któremu daje się pełną wolność w kreowaniu akcji, jest szalenie niebezpieczny.











