Manchester United to klub o jasnej dla wszystkich angielskich fanów piłki specyfice: muszą wygrywać. Dwudziestokrotny mistrz Anglii po odejściu legendarnego sir Aleksa Fergusona przeżywa jednak chude lata. Po powrocie do Ligi Mistrzów pod wodzą Louisa van Gaala wielu myśli, że „Czerwone Diabły” na powrót włączą się do walki o tytuł. Rozentuzjazmowanym mówię: pomyślcie jeszcze raz.
Podopieczni holenderskiego ekscentryka po dwóch kolejkach angielskiej Premier League współdzielą pierwsze miejsce w tabeli z kompletem punktów. Ich gra jednak nie zachwyciła. Co jednak zrozumiałe, po dwóch zwycięstwach na inaugurację czerwoną część Manchesteru zdominowała narracja w duchu osławionego: „takimi meczami zdobywa się mistrzostwo”.
Mogę się jednak już dziś założyć, że Manchester tej ligi nie wygra. Wygłaszanie opinii o tym, że może się tak stać, równoznaczne jest dla mnie z obrażaniem i tak podkopywanej przez miłośników Primera Division, „najlepszej ligi świata”. Byłby to przecież najsłabszy mistrz Anglii od… ostatniego mistrzostwa Manchesteru.
Wiele się od tego czasu pozmieniało i dziś „Czerwone Diabły” – wbrew obiegowej opinii – nie grają już o te same cele. Ekipa z Old Trafford to w angielskim TOP4 ekipa odstająca na każdym polu.
Co też się stało takiego, że Manchester United nagle urósł do miana kandydata do zdobycia tytułu mistrza Anglii? Przecież nie chodzi tylko o to, że „Czerwone Diabły” z roku na rok pną się w tabeli o trzy miejsca. Pod Davidem Moyesem siódmi, dzięki Louisowi van Gaalowi czwarci, więc rok później… szczyt tabeli. Matematyka jednak w piłkę nożną nie gra. Futbolówkę kopią za to piłkarze. A tych w ostatnich latach na Old Trafford przybyło.
Ach, transfery! Czasem można odnieść wrażenie, że letnie okienko transferowe bardziej emocjonuje kibiców piłki nożnej niż samo oglądanie angielskiej ekstraklasy. Manchester United miał rzekomo dokonać inteligentnych transferów, które mają przywrócić „Teatrowi Marzeń” dawny blask. Tymczasem jednak osławiony Ed Woodward do koszyka nadal woli wkładać hurtowe ilości domowych żarówek niż kilka dobrych halogenów.
Na rynku transferowym tylko trzy kluby mogą sobie pozwolić na ściągnięcie każdego zawodnika z listy życzeń: Real, Barcelona i Bayern. Z racji na wyłożoną trofeami historię Manchester United wymienia się w gronie tej elity, ale przynależność do niej to dla klubu z Old Trafford utopia. Niedawne porażki (Pedro, Otamendi) pokazują, że nawet klub z historią, odpowiednimi środkami i perspektywą gry w Lidze Mistrzów może ponosić klęski na rynku transferowym.

Tego typu klubom pozostają dwa rozwiązania: wepchnąć w transfer tyle kasy, by doszedł do skutku, i ściągnąć „co się da” albo cierpliwie czekać na okazję, stabilnie budując wyjściową jedenastkę. Obserwując strategię dwudziestokrotnego mistrza Anglii, nietrudno wskazać, którą drogą podąża Ed Woodward. Niedawne transfery Manchesteru to w żadnym wypadku zakupy na skalę mistrzostwa Anglii ani też faktyczne wzmocnienia składu w miejscach, które najbardziej tego wymagały.















