GieKSa Katowice uległa przed własną publicznością Miedzi Legnica 0:2. Mimo że w pierwszej części gry katowiczanie rozegrali niezłe spotkanie, to jednak wyrafinowana gra beniaminka pierwszej ligi zaowocowała jego triumfem i jednoczesnym awansem na piąte miejsce w tabeli.
Mecz pomiędzy GieKSą Katowice a Miedzią Legnica do ostatnich chwil stał pod wielkim znakiem zapytania. Piłkarze zespołu ze stolicy Górnego Śląska przez dwa pierwsze dni nowego tygodnia nie trenowali w związku z protestem dotyczącym sprzeciwu wobec braku zainteresowania GKS-em Katowice ze strony władz klubu. Chociaż katowiczanie nękani są ogromnymi problemami finansowymi, to jednak nie ma to dużego wpływu na formę zespołu. Trzy ostatnie mecze zakończyły się triumfem podopiecznych Rafała Góraka, zatem kibice z Bukowej mogli mieć uzasadnione nadzieje, że w rywalizacji z beniaminkiem ich pupile nie stali na straconej pozycji. Z kolei drużyna dowodzona przez Bogusława Baniaka, mimo że jej gra w większości spotkań mogła się podobać, jednak notowała duże wahania, prezentując sinusoidalną dyspozycję. Przed spotkaniem piłkarze obu drużyn mogli wziąć głęboki oddech ze świadomością, że czeka ich kolejne trudne wyzwanie.

Starcie w pierwszych fragmentach gry mogło się podobać. Głównie było to spowodowane ładną, przebojową i przede wszystkim ofensywną grą gospodarzy. Już po upływie zaledwie sześciu minut gry gola dającego prowadzenie katowiczanom mógł zdobyć Damian Kaciczak, jednak uderzenie obrońcy „Trójkolorowych” zostało obronione. Niespełna 60 sekund później swoich sił próbował Przemysław Pitry, ale z podobnym efektem. Goście do głosu doszli dopiero w 11. minucie. Po dość przypadkowym dośrodkowaniu piłka trafiła na głowę Piotra Kasperkiewicza, ale nieznacznie minęła światło bramki.
W drugim kwadransie gry dali o sobie znać boczni pomocnicy GieKSy. Najpierw Aleksander Ptak musiał podjąć rękawicę w pojedynku z Arkadiuszem Kowalczykiem, który oddał mocne uderzenie z prawej nogi. Golkiper legniczan nie dał się jednak zaskoczyć. Pięć minut później lewą stroną uciekł zawodnikom Miedzi Wołkowicz, lecz strzał nie był tak dobry jak drybling wychowanka Sprintu Katowice i wynik meczu nadal nie uległ zmianie.
Że niewykorzystane sytuacje się mszczą, wszyscy zasiadający na trybunach obiektu przy Bukowej mogli się przekonać w 29. minucie. Po złym wybiciu piłki przez jednego z zawodników w żółto-czarnej koszulce trafiła ona do Wojciecha Łobodzińskiego, który prezent od katowiczan wykorzystał z zimną krwią i wyprowadził swój zespół na jednobramkowe prowadzenie. Pod koniec pierwszej połowy podwyższyć prowadzenie mógł jeszcze Zbigniew Zakrzewski, ale na drodze byłego zawodnika Lecha Poznań stanął Maciej Wierzbicki.











