W piątkowe popołudnie w ramach 8. kolejki T-Mobile Ekstraklasy Piast Gliwice zmierzy się z Widzewem Łódź. Będzie to starcie dwóch ekip, które ostatnich tygodni nie mogą zaliczyć do udanych. Po siedmiu meczach obie drużyny mają tyle samo punktów, tracąc do grupy mistrzowskiej jedno oczko. Kto wie, czy w końcowym rozrachunku, właśnie ten pojedynek nie będzie miał decydującego znaczenia. Nie ma wątpliwości, że Piast i Widzew w najbliższym spotkaniu będą chcieli przerwać fatalną passę.
„Piastunki”, mówiąc delikatnie, nie radzą sobie najlepiej. Wystarczy wspomnieć, że ostatnie ligowe zwycięstwo podopieczni Marcina Brosza odnieśli prawie dwa miesiące temu, pokonując u siebie Zagłębie Lubin 2:1. Od tego momentu Piast rozegrał pięć spotkań w ekstraklasie, zdobywając tylko dwa punkty. Po drodze gliwicki zespół odpadł z Pucharu Polski z Zagłębiem, które pokonało Tomasza Podgórskiego i spółkę, mszcząc się za ligową porażkę. O ile wyjazdowa przegrana z Górnikiem Zabrze czy remis ze Śląskiem Wrocław wstydu nie przynosi, to strata punktów ze słabą w tym sezonie Koroną Kielce nie jest powodem do dumy. Co tak na prawdę wpływa na gorszą postawę gliwiczan? Po zeszłym sezonie apetyt kibiców został zaostrzony, miała być walka o europejskie puchary, a wygląda na to, że będzie walka, owszem, ale o awans do grupy mistrzowskiej. Mimo braku korzystnych rezultatów trener Brosz nie musi obawiać się o posadę, co jasno dał do zrozumienia prezes Piasta – Jarosław Kołodziejczyk.
– Zachowujemy pełen spokój, bo trener Brosz wie, co robi. Trener Brosz ma ważny kontrakt i na pewno go wypełni. Bez względu na wszystko.

Nie każdy szkoleniowiec może liczyć na tak duże wsparcie, choć nie takie słowa otuchy padały z ust prezesów, a kilka dni później trener lądował na bruku. Wydaje się, że receptą na sukces byłby napastnik, który godnie zastąpiłby Marcina Robaka. Czyżby wszyscy kibice Piasta czekali na powrót Wojciecha Kędziory?
Podobnie wygląda sytuacja w Łodzi. Widzew w siedmiu kolejkach, aż pięciokrotnie grał na własnym terenie. Przy tak korzystnym terminarzu, włodarze klubu oczekiwali więcej niż tylko dwóch zwycięstw. Po trzech rozdaniach Widzew miał sześć punktów. Później przyszła zadyszka (po trzech tygodniach rozgrywek?!) i zawodnicy Radosława Mroczkowskiego w czterech meczach uciułali zaledwie dwa punkty. To niewiele, tym bardziej, że trzy z nich zagrali u siebie. Kibice mogą narzekać na pecha (stracona bramka w 92. minucie z Jagiellonią Białystok), ale sromotne porażki z Górnikiem i Śląskiem nie były wypadkiem przy pracy, niefartem, a lekcją futbolu od zdecydowanie lepszego przeciwnika. Mroczkowski może spać spokojnie, bo w Łodzi nie ma wygórowanych oczekiwań.













