Był moment w rundzie rewanżowej poprzedniego sezonu, w którym Matty Cash przegrywał rywalizację o pierwszy skład. Dzisiaj to już daleka przeszłość. Aston Villa z Polakiem w składzie jest jednym z najciekawszych projektów w lidze, po blamażu z Newcastle nie ma już śladu. Aston Villa gra świetną piłkę dla oka, czego przykładem jest wygrany 3:1 mecz z Burnley. Matty Cash i „The Villans” skazani na sukces w Premier League?
Kiedy Aston Villa, po trzech latach rozbratu z Premier League, powróciła na najwyższy poziom rozgrywkowy w kraju, nie była rewelacją pokroju Wolves czy Sheffield z ich pierwszych sezonów. Była drużyną, która ledwo się utrzymała. Kolejne dwa lata były lepsze, „The Villans” czasami nawet grali ładnie w piłkę, ale koniec końców była to drużyna drugiej dziesiątki tabeli, ambicje jednak były. I te ambicje w końcu zostały zaspokojone w minionym sezonie, gdy w jego trakcie do klubu przyszedł Unai Emery. Hiszpan tak poukładał drużynę z Villa Park, że aż strach pomyśleć, co by było, gdyby prowadził ją od początku sezonu. Ważną rolę w tej ekipie odgrywa Matty Cash.
Po blamażu z Newcastle już nic nie zostało
W pierwszym meczu sezonu dla drużyny Casha obraz tej ekipy został zakłamany. W końcu Aston Villa nie będzie drużyną, która będzie przegrywała tak wysoko. Ta porażka była efektem nieskuteczności i błędów indywidualnych.
Jako że Polak jest obrońcą, powinniśmy go rozliczać z tego, co zrobił w defensywie. Przejdźmy sobie bramka po bramce. Przy golu na 0:1 nie zawinił, bardziej przy kolejnej sytuacji Tonaliego chwilę później, gdy nie zdążył do Gordona, który dogrywał Włochowi. Przy golu na 2:1 dla Newcastle przewrócił się, ale i tak nie miało to wpływu na akcję, bo zawodnik asystujący przy golu miał być kryty przez McGinna. Kolejna bramka w 100% obarcza odpowiedzialnością Ezriego Konsę, który zgubił piłkę we własnym polu karnym. Gol na 4:1 jednak pokazuje, że Cash mógł się zachować lepiej, ale on był tylko jednym z wielu, którzy zawinili przy tej bramce. Gol Barnesa ustalający wynik padł już po zejściu Polaka.
Wynik 5:1 zakłamuje obraz meczu, ale i tak Newcastle był zespołem lepszym. Gdyby jednak wyeliminować oczywiste błędy indywidualne, chociażby Konsy czy Pau Torresa, to „Sroki” strzeliłyby dwa gole mniej, a i ekipa Emery’ego mogła się pokusić o jeszcze jedną bramkę lub nawet dwie, w końcu miała 16 uderzeń. Przy odrobinie szczęścia goście mogliby więc urwać punkt. Jeśli jednak mamy w 100% sprawiedliwie rozsądzić wynik meczu, nie bacząc na błędy, to Newcastle zasłużenie wygrało kilkoma golami, bo obrona Villi przeciekała niemiłosiernie, pięć goli to wręcz zbyt niski wymiar kary – Newcastle i tak było nieskuteczne.
O meczu Aston Villi z Evertonem napiszemy trochę mniej, bo była to po prostu pełna dominacja ekipy z Birmingham. I właściwe tym możemy ten mecz skwitować, bo bardziej skupimy się za chwilę na reprezentancie Polski. O meczu z Hibernian nie pisaliśmy, bo Cash wchodził tam z ławki, a do tego nie jest to najmocniejszy z przeciwników. Spotkanie z Burnley tylko potwierdziło, że mecz z ekipą Howe’a to wypadek przy pracy.











