Nasza rodzima piłka wciąż nie przestaje zaskakiwać. W trakcie wczorajszego spotkania Widzewa Łódź z reprezentacją Polski do lat 18 trener I-ligowca postanowił wzmocnić swoją drużynę, wprowadzając na boisko… klubowego masażystę. Co więcej, bohater meczu, Łukasz Lewkiewicz, nie odbiegał zbytnio poziomem od „zawodowych” kolegów. Być może to innowacyjna myśl szkoleniowa naśladująca reprezentację San Marino?
Sytuacja kadrowa „Czerwonych” nie wygląda zbyt obiecująco. Tego lata klub opuściło aż 18 zawodników, a sprowadzono 13. Zespół z Łodzi definitywnie potrzebuje pierwszej pomocy, zważywszy również na prezentowany przez niego poziom. Sparingowe spotkanie z młodszą reprezentacją miało być przede wszystkim testem dla graczy rezerwowych i sprawdzeniem ich formy: – Być może dobra gra któregoś z rezerwowych do tej pory piłkarzy zaowocuje dłuższym występem w sobotę. Oprócz nich zagrają też piłkarze pozyskani przez nas w ostatnim czasie. Sztab szkoleniowy oceni, w jakiej są formie – powiedział przed starciem rzecznik prasowy klubu, Michał Kulesza.
To, co wydarzyło się na murawie, przeszło jednak wszelkie oczekiwania. Włodzimierz Tylak dokonał takich zmian, na które nie wpadłby nawet Jose Mourinho. Trener łodzian wsadził do kieszeni wszelkie zasady taktyczne i zapomniał o predyspozycjach swoich podopiecznych. Boris Dosljak dostał szansę sprawdzenia się w obronie, chociaż to typowy zawodnik ofensywny. Według szkoleniowca to wcale nie najgorszy pomysł. Teraz wie, że pozycja, na której będzie grał Czarnogórzec, nie jest taka istotna.
Trener chciał również przetestować koncepcję bramkostrzelnego bramkarza. Kiedy kontuzji doznał Jakub Czapliński, do ataku został wpuszczony golkiper Widzewa. To jednak nie największa paranoja rozegranego spotkania. Na boisku pojawił się także klubowy masażysta. Łukasz Lewkiewicz niestety nie przyniósł zwycięstwa „Czerwonym” i mecz zakończył się bezbramkowym remisem.
Najśmieszniejsze, a może raczej najsmutniejsze, jest to, że człowiek zajmujący się na co dzień masażem nie odbiegał od poziomu kolegów z murawy. Pozostaje pytanie, co trener Widzewa chciał osiągnąć, wpuszczając do gry Lewkiewicza? Piłkarza z niego raczej i tak nie zrobi, chyba że jego celem jest stworzenie drużyny złożonej z amatorów. Na razie jedyne, czego tym dokonał, to ośmieszenie i zlekceważenie młodzieżowej reprezentacji. Zasłanianie się brakami kadrowymi w trakcie treningu pierwszego składu na bocznym boisku nie jest dobrym pomysłem. Chociaż drużyna narodowa U-18 również nie popisała się w tym meczu skutecznością, to chyba jednak zasłużyła na poważne traktowanie. Jeżeli natomiast Widzew myśli o profesjonalnej grze i wyprawia takie cyrki, to przed nim jeszcze daleka droga.











