Dwie bramki Loica Remy'ego pozwoliły wygrać nie tylko prestiżowy, ale bardzo ważny w kontekście walki o czołowe miejsca w lidze mecz. Olympique Marsylia pokonał 2:0 Lille i zbliżył się do podium na trzy punkty.
Na zakończenie pierwszej kolejki wiosennej władze Ligue 1 zdecydowały się zaprezentować najciekawszy pojedynek. Na Stade Velodrome stanąć naprzeciwko siebie miały ekipy mistrza i wicemistrza Francji, a każda marzyła zakończyć ten mecz z dorobkiem trzech punktów, by wciąż realna była ich walka o najwyższe lokaty. Szczególnie tyczyło się to gospodarzy, dla których strata oczek mogła oznaczać pożegnanie się z ligowym podium, a na pewno z mistrzostwem.

Bardzo ważną informacją dla polskiego kibica przed tym meczem był fakt, iż w podstawowym składzie Lille wyszedł Ireneusz Jeleń. Nasz rodak zastąpił na tym miejscu nieobecnego z powodu rozpoczynającego się niebawem Pucharu Narodów Afryki Moussę Sow. Dłuższa nieobecność Senegalczyka może być niepowtarzalną okazją dla byłego piłkarza Wisły Płock na częstszą grę w wyjściowej jedenastce.
Od pierwszych minut żaden zespół nie zamierzał oddawać pola gry. Jako że spotkały się dwie ekipy, które przyzwyczajone są do kreowania gry, a zatem posiadania piłki, ktoś musiał rozstrzygnąć ten konflikt na swoją stronę. Udało się to gospodarzem, dla których pierwsza połowa wypadła wręcz koncertowo. To marsylczycy dużo wyżej zakładali pressing, zmuszając rywali do błędu, i to oni z zaskakującą łatwością stwarzali bramkowe sytuacje. Lille, poza jednym nieuznanym faulem na Hazardzie tuż przed linią pola karnego, bardzo nieporadnie i bez pomysłu konstruowało kontrataki.
Celne strzelanie na bramkę Mickaela Landreau „Les Phoceens” rozpoczęli po 20 minutach gry. Co prawda nieco wcześniej w wyśmienitej sytuacji strzeleckiej znalazł się Benoit Cherou, ale niestety piłkę miał na swojej słabszej, prawej nodze i posłał futbolówkę wysoko ponad poprzeczką.
Znacznie lepiej spisał się Loic Remy, gdy otrzymał wprost genialne podanie zewnętrzną częścią stopy za linię obrony od Mathieu Valbueny. Przyjął futbolówkę na klatkę piersiową i uderzył zaraz w kierunku bramki, lecz bardzo dobrze spisujący się tego dnia Landreau, mimo parady w przeciwnym kierunku, zdołał zostawić nogi i zablokować strzał.
Niedługo później w polu bramkowym wyręczył go defensor, Aurelian Chedjou. Po zamieszaniu spowodowanym rzutem wolnym ponownie swojego szczęścia próbował Remy i gdyby nie wspomniany Kameruńczyk, to niechybnie otworzyłby wynik tego spotkania.
Po pół godzinie gry tempo meczu się nieco uspokoiło, a goście spróbowali przejąć inicjatywę. Zaczęli częściej operować piłką, zamykać przeciwnika na swojej połowie. Nic jednak z tego nie wynikało, wyglądało to jak klasyczne walenie głową w mur, a co gorsza jednocześnie odsłonili swoje tyły i dość eksperymentalna tego wieczoru defensywa popełniała błąd za błędem.
Najgorszy zdarzył się tuż przed przerwą. Lewy obrońca Pape Souare nie zdołał wyekspediować piłki, zanim rywal do niego doskoczył, i w prosty sposób ją stracił. Zaraz później znalazła się ona przed polem karnym na nodze Cheyrou, który nie namyślając się długo, uderzył mocno. Dał tym jednak tylko możliwość do efektownej parady Landreau. Zaraz potem otrzymał podanie od Valbueny, lecz ponownie przegrał pojedynek z wychodzącym golkiperem i posłał piłkę obok słupka. Tym samym były piłkarz PSG w pierwszych 45 minutach został bohaterem gości.
Szansę na zgarnięcie pełnej puli w tym prestiżowym pojedynku wywęszył trener OM, Didier Deschamps. Wraz z początkiem drugiej połowy postanowił wprowadzić za jednego z defensywnych pomocników, Cheyrou, drugiego napastnika. Był nim powracający z „wygnania” Brandao. Brazylijczyk powitany został na Velodrome aplauzem i już przy pierwszym kontakcie z piłką zagrał do Valbueny, który jednak wolejem trafił wprost w Landreau.
Efekt bramkowy coraz ofensywniej nastawionej Marsylii przyszedł jednak już w 61. minucie. Defensywę „Les Dogues” rozklepał duet Lucho Gonzalez i Valbuena, a ten drugi, będąc w polu karnym, minął jednego obrońcę i dośrodkował dokładnie na głowę Remy’ego. Do niego nie zdążył doskoczyć Bonnart i było 1:0.
Podrażnione Lille ruszyło do odrabiania strat. Dosłownie dwie minuty później o włos od wyrównania był Hazard. Belg nawinął przed „szesnastką” Nicolasa N’Koulou i gdy pozostał przed nim już tylko Steve Mandanda, strzelił dokładnie w golkipera OM. Takiego technika nie usprawiedliwia nawet fakt, iż uderzał lewą nogą.
Późniejsze fragmenty meczu przebiegały pod znakiem znaczącej przewagi gości. Lille atakowało, co chwila zagrażając bramce Mandandy, ale nadziewało się na niebezpieczne kontry. Przekonało się w ten sposób o szybkości Remy’ego, który na niespełna dziesięć minut przed końcem podwyższył prowadzenie dla Marsylii. Wielki błąd popełnił jednak przy tej okazji Mickael Landreau, zbyt wcześnie decydując się na wyjście z bramki na trzydziesty metr (w pobliżu był jeszcze Chedjou). Napastnik reprezentacji Francji z dziecinną łatwością minął golkipera i skierował piłkę do siatki.
To był gwóźdź do trumny podopiecznych Rudiego Garcii, którzy co prawda starali się zmniejszyć rozmiary porażki, jednak już ze znacznie mniejszym przekonaniem. Bliski strzelenia kontaktowego gola był wprowadzony w końcówce za Jelenia Gianni Bruno, lecz minął się z dośrodkowaniem Payeta.
Ten wieczór należał zdecydowanie do jednego piłkarza. Gdy w doliczonym czasie gry boisko opuszczał Loic Remy, żegnały go gromkie brawa gratulujących tak udanego występu. Kilka minut później, bo aż pięć doliczył sędzia Ruddy Buquet, zawody się zakończyły i całe Stade Velodrome wybuchnęło radością. Dla Lille była to dopiero druga porażka w sezonie, ale oznacza ona, że czołowe dwa miejsca uciekają na cztery i siedem punktów, goniąca Marsylia zbliżyła się zaś na trzy oczka.
Zawodnik meczu: Loic Remy (Olympique Marsylia)
Już gra od 1 minuty :) Oby tak dalej! W następnym
meczu widzę chociaż jedną bramę. I na EURO
wbijasz za Broszka ;D