Czasami, patrząc, jak przebiega kariera danego zawodnika, aż serce się łamie. Gołym okiem widać jego wielkie możliwości, każdy trener mówi o jego wyjątkowości, a na koniec na boisku się po prostu pali. Filip Marchwiński miał już co najmniej z trzy razy stać się ważnym ogniwem Lecha. Zawsze jednak czegoś brakowało. Coś stało na przeszkodzie, żeby w końcu odkrył swoje piękno. Żeby zaczął czarować. Lepszej okazji niż teraz już nie będzie. Jest w gazie, John van den Brom wierzy w niego jak w nikogo innego. Los jest w jego rękach. Być może potrzebował czasu. Mamy nadzieję, że dorósł na dobre. To jego czas.
Mimo wszystko do tej pory Filip Marchwiński nigdy nie był kluczową postacią Lecha. To nie na nim ciążył wynik „Kolejorza”. Z racji wieku, słabej gry czy sytuacji zawsze był postacią wchodzącą z ławki. Mimo że najwięcej mówiło się o talencie Marchwińskiego, to kolejni wychowankowie wyrastali na liderów i ten Marchwiński nie był aż tak potrzebny Lechowi. Teraz jednak to on jest kluczową postacią tego projektu. To właśnie na wychowanku „Kolejorza” ciąży presja. Przyszedł czas, gdy Lech i John van den Brom mogą mieć kłopoty, jeśli „Marchewa” znów zastrajkuje i zacznie słabo grać. Jest potrzebny jak nigdy wcześniej.
Filip Marchwiński zbudował pewność siebie
Nikomu nie trzeba przypominać o tym, w jakim stylu wszedł do ekstraklasy Filip Marchwiński w wieku 16 lat. Wejście smoka. Tak naprawdę od tego momentu słyszeliśmy różne historie o popularnym „Marchewie”. Wszyscy trenerzy opowiadali o jego niesamowitym talencie, tylko że jak ktoś włączył mecz Lecha i spojrzał na Marchwińskiego, to mógł poczuć się oszukany. Ktoś wciskał niezły kit. Niezłe bajki były opowiadane o tym, jak potrafi czarować, a jak przychodziło co do czego, kibice przy Bułgarskiej nie mogli na niego patrzeć. Trudno wyrokować, ale najprawdopodobniej była to kwestia psychiki i mentalności.
Teraz trafił na gościa, który ma mentalność zachodnią. Trenera jedynego w swego rodzaju. W zasadzie, jeśli John van den Brom nie trafi do Marchwińskiego, to chyba już nikt tego nie zrobi. Tyle osób próbowało. Trzeba przyznać, że jeszcze nigdy nie był tak ważną postacią Lecha jak właśnie za Holendra. Są więc zatem zalążki, a w zasadzie już korzenie tej współpracy, bo Marchwiński w końcu pokazuje, że jest złotym dzieckiem poznańskiej piłki nie tylko z opowieści, lecz także na boisku.
Filip Marchwiński zaczął grać na swoim poziomie. Regularnie zaczął dostawać szanse od van den Broma. Nie wyglądało to na początku dobrze. Grał, łapał minuty, ale to nie było to, czego wszyscy oczekiwali. To, co zrobili jednak pod koniec sezonu z Kristofferem Veldem, robiło wrażenie. Podbudowało go. Kolejne dobre występy zbudowały go. Wcześniej praktycznie cztery sezony się męczył. Tutaj przyszły cztery dobre występy, dzięki czemu poczuł się pewnie. Ukoronowaniem było zagranie w meczu z Koroną, gdy zawinął Zapytowskiego jak juniora. Filip Marchwiński zaczął się bawić. Uwierzył w siebie. Poprzedni sezon zakończył z ośmioma bramkami i czterema asystami. Większość swojego dorobku zbudował od marca, kiedy to zaczął udowadniać, że Filip Marchwiński jeszcze nie zginął.











