Raków Częstochowa dokonał historycznego sukcesu! „Medaliki” nie mają za sobą łatwych 90 minut. Rewanżowe starcie z Arisem Limassol okazało się jednak zwycięskie. Udało się utrzymać przewagę z pierwszego meczu. Nawet strzelić gola, dającego im większą pewność co do awansu. Raków Częstochowa wygrał 1:0 (3:1 w dwumeczu) po golu Frana Tudora z rzutu wolnego.
Raków Częstochowa jako mistrz Polski jest jedynym reprezentantem naszej ligi w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Zwykle ekstraklasowe ekipy odpadały już na etapie II czy III rundy. „Medaliki” grają jednak dalej! Przed nimi już tylko IV runda, w której zmierzą się z FC Kopenhaga. Już tylko krok dzieli mistrza Polski od marzeń. Jeżeli wygra, zagra w Lidze Mistrzów. Jeżeli nie, zostanie mu Liga Europy. Nie oszukujmy się, dojście do takiego momentu już jest wielkim sukcesem.
Raków swoje przecierpiał
To, że Raków Częstochowa wygrał z Arisem Limassol, wcale nie oznacza, że był w tym drugim meczu lepszy. Od początku Cypryjczycy zdecydowanie przejęli inicjatywę i masowo atakowali częstochowian. Do tego stopnia, że po pierwszej połowie w statystykach przy zakładce „uderzenia” widniało równe 0. Raków musiał przez całą przynajmniej pierwszą połowę się bronić. Za głównych bohaterów pierwszej części gry można uznać całą linię defensywną ze szczególnym wskazaniem na Zorana Arsenicia. Chorwat już kolejny mecz z rzędu pokazał się jako lider tej tercji boiska.
Na docenienie poza 29-latkiem zasługuje też za ten czas podtrzymywania Rakowa na wodzie Fabian Piasecki. Jeszcze niedawno mówiło się, że mistrz Polski do szczęścia potrzebuje tylko napastnika z prawdziwego zdarzenia. Teraz wydaje się, że ma ich dwóch. Łukasz Zwoliński zalicza ostatnio całkiem udane występy w ekstraklasie, natomiast Dawid Szwarga postawił na wcześniej wspomnianego Piaseckiego. Też nie zawiódł! Choć gola nie strzelił, asysty nie zainkasował. Mało tego, praktycznie nie miał akcji pod bramką Arisu. Czym więc tak się wyróżnił? Przede wszystkim walką, nieustępliwością i pomocą w grze na czas. Pod tym względem zaprezentował się fantastycznie. Bardzo dobrze wygląda ostatnio były piłkarz Śląska Wrocław.
Vladan Kovacević
Wspomnieliśmy już o dwóch bohaterach pierwszej części spotkania, czas na drugą. I oczywiście za – jak się okazało – jedynego gola na docenienie zasługuje Fran Tudor. Temu akapitowi nie przez przypadek daliśmy tytuł na cześć innego zawodnika – Vladana Kovacevicia. Od niemal dwóch lat mówi się o jego odejściu. Głównie zainteresowana była nim w przeszłości Benfica. O ile w wielu przypadkach usilne trzymanie swojego bramkarza skończyło się osłabieniem formy dawnej gwiazdy i obniżeniem wartości rynkowej, o tyle w przypadku opisywanego Serba jest zupełnie odwrotnie. Topowe polskie kluby udowodniły już, że bez bramkarzy na przynajmniej przyzwoitym poziomie nie da się osiągać wielkich rzeczy… Tak było, gdy Lech Poznań postawił na Artura Rudkę zamiast na pewniejszego Filipa Bednarka czy wypożyczonego wówczas do Stali Mielec, będącego w świetnej formie Bartosza Mrozka. To samo w przypadku tegorocznej Pogoni Szczecin…











