Marcelo, czyli kapitan tonie, a okręt płynie dalej


Marcelo swoimi występami burzy pomnik, jaki w pamięci kibiców zbudował

27 lutego 2022 Marcelo, czyli kapitan tonie, a okręt płynie dalej
commons.wikimedia.org

Niegdyś uważany za najlepszego lewego obrońcę na świecie. Znajdą się i tacy, którzy określą go mianem najlepszego w historii. Tego zawodnika już nie ma. Marcelo, bo o nim mowa, w ostatnich latach jest cieniem samego siebie i trudno spotkać osobę, która tego nie dostrzega. Brazylijczyk swoimi występami niszczy to, co zbudował przez lata. Część trybun już się od niego odwróciła, reszta – żyjąca nostalgią – daje mu kolejne szanse, których on nie potrafi wykorzystać.


Udostępnij na Udostępnij na

Piętnaście lat w klubie. Ponad 500 spotkań w barwach „Królewskich”, 38 bramek i ponad 100 asyst. Aż 23 trofea w barwach Realu Madryt, w tym to najważniejsze – za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Po odejściu Sergio Ramosa z klubu został kapitanem jako zawodnik z najdłuższym stażem w Madrycie. Real jest okrętem, którego kapitan utonął w morzu przeciętności.

Wejść w buty Roberto Carlosa

Ramon Calderon, ówczesny prezydent Realu Madryt, zimą 2007 roku chciał dokonać wymiany pokoleniowej. Sięgnął więc do Ameryki Południowej i do Hiszpanii sprowadził Fernando Gago, Gonzalo Higuaina oraz właśnie Marcelo. Brazylijczyk był najmłodszym oraz najtańszym nabytkiem zimowego okna transferowego.

Początkowo zaledwie 18-letni Brazylijczyk nie był przewidziany do gry w pierwszym składzie „Królewskich”. Nadal wyborem numer jeden był Roberto Carlos, który wziął młodzieńca pod swoje skrzydła, gdy ten trafił do Madrytu. Starszy z graczy był jednak kontuzjowany i stracił niemal całą rundę wiosenną. Mimo to Marcelo nie był gotowy, by zostać zawodnikiem pierwszej jedenastki. Na lewej obronie grali wychowankowie. Raul Bravo oraz Miguel Torres sprawiali, że czas gry Marcelo w pierwszej rundzie na Santiago Bernabeu był ograniczony.

Przed kolejną kampanią z klubu odszedł Roberto Carlos. Czas legendy w Madrycie minął. Ale to nie Marcelo miał być nowym lewym obrońcą. Klub postanowił sprowadzić Gabriela Heinze oraz Roystona Drenthe. Marcelo sezon zaczął na trybunach, lecz szybko trafił do wyjściowej jedenastki. Drenthe nie spełniał oczekiwań, a Heinze w obliczu wielu urazów został przesunięty na środek obrony.

Marcelo rozegrał dobry sezon i pokazał, że jest godny, by grać dla białej koszulki Realu Madryt. W kolejnej kampanii zaczął już jako zawodnik pierwszej jedenastki. W grudniu na stanowisko szkoleniowca zatrudniony został Juande Ramos, który zastąpił Bernda Schustera. Nowy trener zauważył potencjał w Marcelo i przesunął Brazylijczyka na pozycję lewego pomocnika.

Marcelo buduje legendę

Juande Ramos wyzwolił potencjał w Marcelo. Brazylijczyk zaczął notować liczby, grał zdecydowanie odważniej. Nawet ponowne przesunięcie na lewą obronę tego nie zmieniło. Brazylijska fantazja, joga bonito, wyłamywanie się ze schematu i przede wszystkim radość z gry w piłkę. Wyśmienita technika, szybkość i ciąg na bramkę rywala okraszone nieschodzącym z twarzy uśmiechem. Kibice pokochali Marcelo.

Marcelo był etatowym zawodnikiem wyjściowej jedenastki. Jednak dopiero pod wodzą Jose Mourinho wszedł na najwyższy światowy poziom. Wciąż miał swoje braki w grze obronnej, czego nie udało mu się poprawić do dziś. Jednakże wpływ na grę zespołu był kolosalny. Współpraca na jednej flance z Cristiano Ronaldo sprawiała, że ręce same składały się do oklasków.

Stał się najlepszym lewym obrońcą na świecie. I co najważniejsze, omijały go urazy. Do sezonu 2012/2013 niemal nie opuszczał pierwszego składu. Właśnie wtedy doznał złamania kości śródstopia, która wyłączyła go na dłuższy okres. Pod nieobecność Brazylijczyka do składu wskoczył Fabio Coentrao, ale i jego trapiły urazy.

Marcelo wrócił w sezonie 2013/2014 i nadal wygrywał rywalizację z Portugalczykiem. Przynajmniej w lidze, bo w fazie pucharowej Ligi Mistrzów w wyjściowej jedenastce grał Fabio Coentrao. Marcelo usiadł na ławce w pamiętnym finale przeciwko Atletico Madryt, co mocno przeżył. Wszedł jednak na murawę w drugiej połowie, gdy trener Carlo Ancelotti szukał impulsu. On go dał i strzelił nawet bramkę, która idealnie opisuje, jak przez lata grał Marcelo.

Wszystko jest piękne – do czasu

Tak grającego Marcelo nie dało się odstawić na bok. Zresztą nikt o zdrowych zmysłach nie odstawiłby takiego zawodnika od wyjściowej jedenastki. Nie zrobił tego ani Carlo Ancelotti, ani Zinedine Zidane. Marcelo miał abonament na grę. Zdarzały mu się wpadki, zdarzały mu się błędy w defensywie, ale wszystko uchodziło mu płazem. Miał za sobą Sergio Ramosa, który naprawiał większość błędów Brazylijczyka.

A w ofensywie? W ofensywie nadal był świetny. U „Zizou” miał taką pozycję, że co by się nie działo – grał. I odwdzięczał się Francuzowi tym, co miał najlepsze. Wyśmienitymi podłączeniami się do akcji ofensywnych, świetnymi dośrodkowaniami. Wyraźnie pomógł w zdobyciu trzech trofeów Ligi Mistrzów z rzędu. Trofea przysłaniały to, co bardziej racjonalni kibice zaczynali zauważać.

Marcelo było coraz więcej do kochania. Inaczej mówiąc, przestał dbać o siebie. Miał problemy z utrzymaniem wagi, zwłaszcza w przerwach między sezonami oraz w okresach, gdy był kontuzjowany. Zauważył to nowy trener Realu Madryt, Julen Lopetegui, który do kadry pierwszego zespołu włączył Sergio Reguilona. Nie odstawił jednak Marcelo od gry, bojąc się reakcji szatni, w której Brazylijczyk był od tak dawna.

W każdej drużynie masz trzech lub czterech zawodników, którzy mają spore problemy ze swoją wagą i za moich czasów Marcelo był jednym z nich. Łatwo przytyje, trzeba uważać, zwłaszcza gdy jest kontuzjowany. Bernd Schuster, były trener Realu Madryt

Marcelo przestał nadążać za zawodnikami rywali, zaczął jeszcze mocniej odpuszczać powroty do defensywy. Nie miał sił, by biegać przez 90 minut od jednego pola karnego do drugiego. To oczywiście frustrowało kolegów z zespołu, ale nadal nikt nie odważył się publicznie skrytykować legendy klubu. Do momentu pojawienia się Santiago Solariego.

Ławka rezerwowych? Nie dla Marcelo

Santiago Solari przejmował klub po przegranym „El Clasico” pod koniec października. Marcelo w tamtym okresie miał problemy z mięśniami, co wielu połączyło z jego słabą formą fizyczną. Nowy szkoleniowiec nie zastanawiał się długo i postawił na świeżą krew. Wybrał Sergio Reguilona, którego znał wyśmienicie z czasów prowadzenia rezerw.

Marcelo stał się rezerwowym. Znamienne było to, gdy Brazylijczyk nie podniósł się z ławki w spotkaniach z drużynami z topu. Real Betis, Sevilla, Atletico Madryt czy FC Barcelona… Marcelo nie powąchał nawet murawy. W dwa miesiące rozegrał lekko ponad 100 minut. U Solariego był skreślony. I było to rozsądne posunięcie, patrząc na to, jak się prezentował na murawie.

Po serii rozczarowujących wyników Santiago Solari został zwolniony. By ratować sezon, wrócił Zinedine Zidane, który przywrócił Marcelo do wyjściowej jedenastki, mimo że ten na nią kompletnie nie zasługiwał. Francuz był bardzo przywiązany do nazwisk, które dały mu trzy trofea Ligi Mistrzów. Właśnie o to chodzi, do nazwisk. Z dawnego Marcelo zostało tylko nazwisko.

Zinedine Zidane wierzył w swojego żołnierza, ale klub postanowił zabezpieczyć lewą obronę. Sergio Reguilon nie cieszył się uznaniem trenera, więc na Santiago Bernabeu pojawił się Ferland Mendy. Marcelo obiecywał, że w przerwie między sezonami poprawi się pod względem fizycznym, ale na niewiele się to zdało.

Brzydki koniec legendy

Mimo wszystko Marcelo rozpoczął sezon 2019/2020 jako podstawowy lewy obrońca. Szybko jednak doskwierać zaczęły mu kontuzje. Kiedy wyleczył jedną, wracał do wyjściowej jedenastki i doznawał następnej. A w międzyczasie coraz lepsze recenzje zbierał Ferland Mendy. Kibice Realu Madryt byli w szoku, że można być obrońcą, który nie tylko potrafi atakować, ale i wyśmienicie bronić.

Marcelo kompletnie zatracił intensywność i dynamikę z jakiej przez lata go znaliśmy. Wreszcie nawet Zinedine Zidane przestał mu ufać. Brazylijczyk nadal grał, ale w znacznie mniejszym wymiarze czasowym. Nie był gotowy, by przez 90 minut rywalizować na poziomie La Liga, o rozgrywkach Ligi Mistrzów nie wspominając.

Carlo Ancelotti również nie widzi w Marcelo zawodnika, który jest w stanie dać coś zespołowi, mimo że ten dzierży opaskę kapitańską. Brazylijczyk dotarł do takiego poziomu, że kibice „Królewskich” cieszą się, kiedy ten jest kontuzjowany lub na ławce. To świadczy najlepiej o tym, jaki zjazd zaliczył Marcelo. Kiedy nawet kibice klubu, w którym spędził tyle lat, nie chcą na niego patrzeć.

Marcelo nadal ma wyśmienitą technikę, ale technika to nie wszystko. Brakuje mu dynamiki, brakuje mu wytrzymałości, brakuje mu wszystkiego. Stracił nawet umiejętność dośrodkowywania piłki wprost na głowę partnerów. W defensywie jest zupełnie nieprzydatny. Na ten moment Marcelo nie jest godzien, by zakładać białą koszulkę z herbem Realu Madryt na piersi.

Jak uratować Marcelo?

Marcelo jako lewy obrońca nie ma miejsca na grę na europejskim poziomie. W niedawnym okienku transferowym pojawiały się informacje, jakoby sprowadzeniem Marcelo zainteresowany był Trabzonspor. Turecki klub zdecydował się jednak na Tymoteusza Puchacza jako wzmocnienie swojej lewej strony. Marcelo został w Madrycie, ale zanosi się na to, że jego czas się kończy.

Jego kontrakt z klubem wygasa w czerwcu i chyba zdaje sobie sprawę, że nie zasługuje na dalszą grę w barwach „Królewskich”. Mówi się wiele o jego powrocie do Brazylii, gdzie zainteresowanych ma być kilka klubów. Priorytetem dla Marcelo będzie prawdopodobnie Fluminense, czyli zespół, z którego wyjechał na podbój Starego Kontynentu.

Gdyby jednak zdecydował się zostać w Europie, będzie musiał zmienić swoją pozycję. Jedną z opcji będzie przesunięcie na lewe skrzydło, na którym zawsze będzie mógł skupić się wyłącznie na grze ofensywnej. Inną ciekawą opcją byłoby przesunięcie Marcelo do środka pola. Brazylijczyk miałby podążyć drogą Daniego Alvesa. Alves w barwach Sao Paulo występował właśnie jako kreator gry.

Marcelo w Madrycie osiągnął wielkie rzeczy, niedawno wyrównał rekord Paco Gento w liczbie zdobytych pucharów. Jeśli Real Madryt wygra w tym sezonie jeszcze jakieś trofeum, Brazylijczyk stanie się pod tym względem klubowym rekordzistą. Marcelo zapisał się złotymi zgłoskami w historii klubu. Królewski statek miał wiele problemów na morzu, lecz udało mu się z nich wyjść. Kapitan od lat tonął i mimo rzucanych mu kół ratunkowych nie był w stanie się uratować. Czas się rozstać.

Komentarze
Kejkej (gość) - 3 miesiące temu

Bardzo dobry gracz, szkoda że mu forma uciekła. Trzeba powiedzieć szczerze prawdopodobnie to koniec gry na wysokim poziomie.

Odpowiedz
Rafał Dubiel (gość) - 3 miesiące temu

Zgadza się. Pod względem fizycznym według mnie nie do odratowania. Może załapie się jeszcze gdzieś w Europie, ale raczej nie w klubie z czołówki.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze