Luis Henriquez do Polski przyszedł w 2007 roku z ówczesnego mistrza Panamy Tauro FC. Mało kto się spodziewał, że pierwszy i jak do tej pory jedyny w historii poznańskiego klubu Panamczyk utrwali się w pamięci kibiców. Dla „Kolejorza” zdobył dwa razy mistrzostwo Polski (2009/2010, 2014/2015) i raz Puchar Polski (2008/2009). Po 10 latach od zapierającej dech w piersiach przygody w europejskich pucharach rozmawialiśmy z Luisem Henriquezem o tym, jak wspomina mecze między innymi z Manchesterem City czy Juventusem oraz jakie widzi szanse dla Lecha w zbliżających się eliminacjach.
Czy można Cię nazywać legendą Lecha Poznań?
Hehe… Nie wiem, czy legendą, ale dużo robiłem i grałem w klubie z Poznania w bardzo dobrym momencie. Byłem w Lechu dziewięć lat i jestem z tego okresu bardzo zadowolony.
181 występów w koszulce Lecha Poznań to całkiem dobry wynik.
Nie wiem, czy tyle, bo ich nie liczę, ale wiem, że było ich dużo. Wydaje mi się, że więcej, ale nie jestem pewien. Mimo to jeszcze raz mówię, że to był dla mnie bardzo, bardzo dobry czas.
Przychodząc do „Kolejorza”, czułeś, że ta drużyna ma potencjał na dwie tak fantastyczne przygody w europejskich pucharach?
Na początku, jak widziałem całą tę atmosferę, stadion, ludzi, którzy pracują na stadionie, trenera (gdy przyszedłem, był nim Smuda), zespół i kibiców, to wiedziałem, że będziemy osiągać bardzo dużo. I tak było! Byłem pewien od początku i się udało. Moja kariera piłkarska była tam bardzo udana.
Pierwsza przygoda w pucharach była przerwana przez ciężką kontuzje. Jak się wtedy czułeś, gdy koledzy grali tak niesamowite mecze, a Ty musiałeś pauzować?
Byłem bardzo zadowolony i kibicowałem moim kolegom, bo oczywiście zawsze chcesz być na boisku, ale też musisz kibicować, gdy masz jakąś kontuzję. Czułem radość, że drużyna się mną interesowała. Czy jesteś obok, czy jesteś na boisku, to była zawsze radość. Drużyna, wszyscy byliśmy fajną grupą. Pierwszy raz w życiu widziałem, że gdy masz kontuzję i nie możesz grać, czujesz się wtedy tak samo, jak gdy byłeś na boisku. To była wyjątkowa drużyna.
Na szczęście to, co kontuzja Ci zabrała, udało się wywalczyć po raz kolejny w 2010 roku. Czy okres, w którym mierzyliście się z Manchesterem City, Juventusem, to najlepszy czas Twojej kariery?
Było tyle bardzo dobrego czasu w mojej karierze, że jak zaczniemy teraz o tym mówić, to nie skończymy nigdy. Gdy grałem z Manchesterem City, Juventusem i Salzburgiem, to był jeden z najważniejszych momentów w mojej karierze, ale miałem i mam – bo jeszcze gram – sporo momentów, z których jestem zadowolony. Mecze w UEFA Europa League były dla mnie super.
Który zawodnik drużyny przeciwnej zrobił na Tobie największe wrażenie? Del Piero, David Silva, Emanuel Adebayor czy może ktoś zupełnie inny?
Mimo że oni są wielkimi piłkarzami, my mieliśmy robić swoje. Zawsze mieliśmy własną taktykę. Z Manuelem [Arboledą – przyp red.] rozmawialiśmy: „jak nie teraz, to kiedy?”. Mieliśmy bardzo dobrych przeciwników: Alessandro Del Piero, cały Juventus, Manchester City, David Silva, mnóstwo piłkarzy, którzy są na wysokim poziomie. To jest motywacja dla ciebie. Liga angielska i włoska to jest inna piłka, ale musieliśmy robić swoje i nie patrzeć na przeciwnika. Miałem kiedyś wywiad i reporterka spytała, kogo chcę mieć w grupie. Czy chcę mieć zespół z Rosji lub Ukrainy? Powiedziałem jej, że nie, że chcę grać z drużynami, które są najlepsze, i tak się stało. Dzięki Bogu graliśmy z klubami, o których marzysz, będąc małym. Być na stadionie Juventusu, Manchesteru City i grać! Nie tylko patrzeć, co oni robią, my z nimi graliśmy jak prawdziwy zespół, który też miał jakość! Wspominam to bardzo dobrze. Mieliśmy taką ekipę, że czekałem, aż będzie trening, a gdy się skończył, od razu czekałem na następny.











