Po wczorajszym wieczorze znamy już dwie drużyny, które powalczą o zwycięstwo w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Bilety na Wanda Metropolitano zapewnił sobie Tottenham, który w dramatycznych okolicznościach pokonał największą niespodziankę tych rozgrywek, czyli Ajax Amsterdam. „Godenzonen” nas zachwycali, ale to „Koguty” były drużyną, która wykazała się większym wyrachowaniem.
Wydawało się, że po spotkaniu w Londynie zespół Erika ten Haga nie ma prawa wypuścić skromnej przewagi w postaci jednej bramki. Nauczeni historią kończącej się kampanii śmiało mogliśmy twierdzić, że napędzani amsterdamską publicznością zawodnicy Ajaksu jeszcze powiększą swoją zdobycz bramkową.
I powiększyli, jednak strzelenie dwóch goli w pierwszych 35 minutach spotkania okazało się niewystarczające, gdyż przybysze z Londynu mieli sporo szczęścia, woli walki, a przede wszystkim bohatera, o którym przed godziną 21 nie mieliśmy prawa myśleć. Lucas Moura, szczęśliwy strzelec trzech bramek, sprawił, iż w Madrycie, w finale Ligi Mistrzów, zagramy po angielsku.
Lucas Moura, czyli jest życie bez Harry’ego Kane’a
W trwającym jeszcze sezonie 2018/2019 filigranowy Brazylijczyk dość często był pierwszym wyborem trenera Mauricio Pochettino. Na boisku pojawiał się 46 razy, z czego aż 35-krotnie od pierwszej minuty. W tym czasie zdołał zanotować 12 goli oraz dwie asysty, ale co najważniejsze dla całego zespołu „Kogutów” – stał się bardzo ważny dla gry londyńczyków i to w głównej mierze dzięki swoim występom stwarzał swojemu opiekunowi ból głowy przy ustalaniu składu.
Aczkolwiek z drugiej strony były piłkarz Paris Saint-Germain właśnie we Francji zdołał zaprezentować nam swój potencjał. Przy pomocy Zlatana Ibrahimovicia czy Edinsona Cavaniego potrafił zdobywać trofea, a nawet prezentować się lepiej pod względem indywidualnym. 19 goli w kampanii 2016/2017 pozwoliło postawić w paryskiej gablocie dwa trofea za Puchar Ligi oraz Puchar Francji.










