Starcie między Tottenhamem a Liverpoolem to zawsze niezwykle emocjonujące wydarzenie. Mecze te potrafią trzymać kibica w niesamowitym napięciu, czego dowodem jest ostatni pojedynek między obiema ekipami. W grudniowej konfrontacji Spurs i „The Reds” to Liverpool okazał się lepszy. Zawodnicy Jurgena Kloppa zdobyli bramkę w 90. minucie po strzale głową Roberto Firmino. Tottenham przed dzisiejszym spotkaniem miał dużo do udowodnienia swym kibicom oraz mediom.
Jeszcze przed samym meczem wiadomo było, że zwycięzca zamelduje się na czwartym miejscu, czyli tym które gwarantuje grę w Champions League. Mimo że do końca sezonu zostało jeszcze sporo czasu to i tak triumf w tak ważnym meczu może bez wątpienia rzutować na końcowym układzie tabeli.
Liverpool, który miał walczyć o obronę tytułu Mistrza Anglii, przytłoczony był przez kontuzję. Stąd też ostatnie wyniki „The Reds” były co najmniej niezadowalające. Tottenham, o którym również mówiono w kontekście wygrania całej Premier League, grał nieco chimerycznie. Najlepszym tego dowodem jest, chociażby zremisowany u siebie derbowy mecz z Fulham. Prestiż i emocje tego starcia sprawiały, że żaden sympatyk futbolu nie mógł przejść obok tego pojedynku obojętnie.
Czas na przełamanie
Liverpool swoją ostatnią dyspozycją zawodził chyba wszystkich swoich kibiców. Kiepska forma „The Reds” zdecydowanie zmniejszyła ich szanse, na obronienie tytułu mistrzowskiego. W poprzednich spotkaniach było widoczne to, że w zespole Jurgena Kloppa coś ewidentnie przestało ze sobą współgrać. Przemęczenie i brak niektórych kontuzjowanych zawodników, z pewnością nie wróżył dobrze ekipie niemieckiego szkoleniowca.
Drużyny Kloppa w dużej mierze charakteryzuje niezwykle ofensywny styl gry. Dziwił więc fakt, że klub z czerwonej części „Miasta Beatelsów” przed tą konfrontacją nie strzelił gola w czterech ostatnich ligowych meczach. Ostatnie trafienie podopieczni Jurgena zanotowali w starciu z West Bromwich Albion, 27 grudnia 2020 roku, czyli ponad miesiąc temu.
Jak można się domyślić, podobnie jest w przypadku serii bez zwycięstwa w Premier League. Nie można wygrać meczu bez strzelenia ani jednej bramki. Przed tą kolejką, goście dzisiejszego pojedynku ostatni raz komplet punktów uzyskali w meczu 7:0 starciu z Crystal Palace. Miało to miejsce wcześniej, niż wyżej wymieniona konfrontacja z West Bromem, bo wydarzyło się to 19 grudnia ubiegłego roku.
Frustracja na Anfield przed 20. serią spotkań narastała i nie ma w tym nic dziwnego. Od obecnego Mistrza Anglii oczekuje się o wiele lepszej gry, na którą kibice liczyli w pojedynku z Tottenhamem. Liverpool w przypadku przegranej miałby 7 punktów straty, do mającego zaległy mecz Manchesteru City, który jest obecnym liderem Premier League. Sporo mówiło się też o tym, że dzisiejszy pojedynek obu drużyn miał określić, jak bardzo poważny jest kryzys, panujący w klubie z północnej części Anglii.













