Zwykło się mawiać, że zwycięzców się nie sądzi. Nie sposób jednak zauważyć, że obecne rozgrywki dla podopiecznych Jürgena Kloppa, pomimo wyjścia na prowadzenie w tabeli są zdecydowania bardziej wymagające.
W poprzednim sezonie Premier League Liverpool przejechał po rywalach niczym monster truck. Może tylko Manchesterowi City zdołał zgnieść jedynie bagażnik i tylne siedzenia. Rekordowe dla klubu zdobycie 99 punktów było potwierdzeniem kwintesencji filozofii „kloppizmu” prezentowanej przez piłkarzy.
Pierwsze symptomy zadyszki
Końcówka poprzedniego sezonu nadszarpnęła wizerunek wypracowywany przez jego dłuższą część. Ale wiadomo w jakiej rzeczywistości przyszło wszystkim dogrywać sezon do końca. Takie czasy przyszły, że przedsezonowe plany można było odłożyć na zapomnianą i zakurzoną półkę. Wyniki osiągane przez kluby były w dużej mierze bardziej przypadkowe niż wypracowane, co nie ominęło The Reds. Po wznowieniu rozgrywek w czerwcu na dziewięć rozegranych spotkań dwa zremisowali i dwa przegrali, co stanowiło 2/3 meczów bez zwycięstwa w przekroju całego sezonu.
W ogóle trzeba przyznać, że Liverpool ma pecha, bo jak nie poślizgnie się Gerrard, to koronawirus zostawia rysę na wizerunku i niweczy możliwość pobicia rekordu Premier League w ilości zdobytych punktów.
Wszyscy, którzy się spodziewali, że po Manchesterze City nadchodzi nowy dominator, muszą zweryfikować swoje poglądy. Ten sezon, mimo że wszystko dla Kloppa układa się zgodnie z planem, nie stawia pozostałych 19 drużyn w pozycji chłopców do bicia. Dlaczego dzieje się tak, że Liverpool dalej preferując swój bezkompromisowy heavymetalowy styl gry nie dominuje ligi tak jak w poprzednim sezonie?

Po pierwsze: sezon na wariackich papierach
Fakt, że poprzednie rozgrywki w wielu krajach zakończyły się dopiero wtedy, gdy powinny trwać już nowe, musiał przeorganizować cały terminarz. Nawarstwienie się spotkań ligowych i reprezentacyjnych, a do tego konieczność rozgrywania meczów pucharowych wymusza częste rotowanie składem. Kalendarz piłkarzy i tak przez ostatnie lata był przeładowany. Teraz częstotliwość meczów jeszcze wzrosła, a co za tym idzie również wzrosło ich zmęczenie.
Wiąże się to ze zmianami w składzie. Przez to przed kolejnymi spotkaniami trener nie mógł wystawiać najmocniejszej jedenastki, tylko najbardziej optymalną pod kątem ważności meczu oraz wyników zmęczenia piłkarzy. Oczywiście może to obecnie powiedzieć dziś każdy trener na świecie. Jednak w przypadku Liverpoolu widać na tym przykładzie wymierne straty punktowe.
Nawet jeżeli co spotkanie grałaby stała jedenastka, to nie da się rozgrywać na tym samym poziomie każdego meczu. W pewnym momencie obciążenie organizmu będzie miało wpływ na koncentrację, wydolność, ilość wykonanych w meczu sprintów i taki wzór można odnosić do wszystkich parametrów.











