Słyszysz Liverpool – Chelsea, masz w głowie topowy angielski poziom. Wcale nie są to błędne skojarzenia. W końcu w ostatnich latach obie te ekipy niemal przyspawały się do miejsca w topowej czwórce. Dziś okoliczności są jednak zgoła odmienne. Liverpool nie przypomina drużyny, która przecież niedawno mierzyła się z Realem Madryt w finale Ligi Mistrzów, a Chelsea to dno i muł właściwie od początku tego sezonu. Nie zmieniły tego pojedyncze lepsze momenty czy milionowe transfery. Obie drużyny dużo pokupowały, ale na nic się to na razie nie zdało.
Dzisiejszy mecz zakończył się wynikiem 0:0, co patrząc na przebieg całego spotkania, jest rezultatem oddającym wszystko, co działo się na boisku. Brak składnych akcji, ładnych zagrań, ekwilibrystyki, groźnych strzałów czy choćby w ostatnim czasie wytykanej obu ekipom skuteczności. Nikt nie może być zadowolony po tym spotkaniu – no może pozostała część ligi. Słaby Liverpool i Chelsea to szansa dla tych, którzy normalnie są za słabi, aby grać w europejskich pucharach. Z taką formą piłkarze Kloppa oraz Pottera mogą zapomnieć o grze nawet w Lidze Europy.
Mecz dwóch przeciętniaków
Od początku meczu widać było, że mierzą się ze sobą dwie drużyny, które są pod formą. I trwało to dalej i dalej. Obu zespołom brakowało ogłady i zwykłego uspokojenia gry, przez co w konsekwencji ich atak opierał się na długim podaniu i strzale nawet z niedogodnej pozycji (tak aby tylko spróbować). Jedyną bronią Chelsea były stałe fragmenty gry, które faktycznie wychodziły im dobrze. A jaką miał Liverpool? Właściwie musiał czekać na przebłyski kolejnych zawodników.
Nawet gdy faktycznie się to działo, na nic się to nie zdawało, bo główne strzelby „The Reds” są od dłuższego czasu po prostu pod formą. Darwin Nunez? Był aktywny, ale tylko przez chwilę. Po czasie również przygasł. Mohamed Salah? Nie przypomina siebie sprzed choćby roku. Gra wolno i jest wiecznie spóźniony. Dziś był bardzo niewidoczny. Cody Gakpo? Był najlepszym ofensywnym graczem „The Reds”. Jednak co z tego, jeżeli jego strzały to nawet nie uderzenia, a prędzej podania do bramkarza drużyny przeciwnej. Takie są niestety fakty na półmetku tego sezonu. Liverpool upadł niczym domek z kart. Na razie niewiele czynników zapowiada poprawę.
Czy zatem względem poprzednich meczów poprawili się zawodnicy Chelsea? Tak jak wcześniej wspominałem – stałe fragmenty gry „The Blues” były naprawdę obiecujące… I na tym w sumie wymienianie pozytywnych aspektów ataków Chelsea można by było zakończyć. Bo tak naprawdę z całego meczu po stronie podopiecznych Grahama Pottera można wyróżnić dosłownie cztery sytuacje – nieuznany gol (po stałym fragmencie gry), kąśliwy strzał Badiashile’a (po stałym fragmencie gry) i uderzenia po indywidualnych akcjach kolejno Hakima Ziyecha oraz Mychajło Mudryka. Koniec… Chelsea bazuje dziś na chaosie i stałych fragmentach gry, które trzeba przyznać, że wychodzą im dobrze. Szkoda, że tylko tu kolektyw daje radę.











