Legia Warszawa jak na razie nie zawodzi swoich kibiców, którzy po krótkim strajku ostrzegawczym wrócili na trybuny przy Łazienkowskiej 3. Zarówno oni, jak i zawodnicy nie zawiedli w spotkaniu z Banikiem Ostrawa. Choć do pewnego momentu wszystko było przeciw Legii.
I co z tego, że Legia strzeliła dwie bramki, które anulował VAR? I co z tego, że Czesi prowokowali Wojskowych na każdym kroku? W Legii rodzi się coś, z czego kibice mogą być dumni. Nie od razu Rzym zbudowano. Tak samo nie od razu Trener Edward Iordanescu nie odmieni oblicza stołecznej drużyny. I zapewne na przestrzeni całego sezonu mogą już pod budynkiem klubowym stać taczki przeznaczone dla Rumuna i jego sztabu. Póki co Legia nabija punkty w mistycznym rankingu. Legia dobrze weszła w sezon, wygrywając Superpuchar z Lechem. Wiadomo, jest jeszcze wiele rzeczy do poprawy. Trzeba odnaleźć klucze do poszczególnych zawodników. W Legii nie powinni się tym już martwić, bo mają odpowiedniego człowieka na newralgicznym stanowisku.
Poszukiwanie formy
Wczoraj na Łazienkowskiej wszyscy legioniści dojechali umiejętnościami na ten mecz. Nawet Rafał Augustyniak, pomimo licznych błędów, które – umówmy się – są w głównej mierze podyktowane jego wiekiem i zanikającą zdolnością szybkiej reakcji, przez co momentami wygląda jak dziecko zagubione we mgle. Zagrał w czwartek najlepiej, jak potrafił. Zbierał drugie piłki, wygrywał stykowe piłki – wiadomo, co miał przegrać to przegrał, ale na koniec dnia jego błędy nie zaważyły aż tak bardzo na wyniku. Dostarczyły jedynie pozytywnych emocji.
Właśnie tu pojawia się błąd poznawczy. Krytycznie można ocenić występy Morishity, Wszołka i wspomnianego wyżej Augustyniaka. Warszawski Kapitan Tsubasa nie przypomina tego przebojowego zawodnika z wiosny. Każdy jego drybling wygląda, jakby ktoś ustawił go na prędkość 0,75. Niby szybko i może na PKO Ekstraklasę wystarczy, ale nie na ponowny podbój Europy. Oczywiście, jest to szukanie winnego tam, gdzie go nie ma. Tylko że krytyka nie wzięła się znikąd. Współpraca na lewej stronie Legii w meczu z Banikiem Ostrawa wyglądała, jakby Ruben Vinagre i Ryoyu Morishita grali razem po raz pierwszy.
Paweł Wszołek, poza pewnymi problemami z podłożem i panowaniem nad piłką, zagrał na tym poziomie, do którego wszystkich przyzwyczaił. Solidnie, charakternie i momentami nonszalancko. Jeżeli taka gra przynosi efekty, to nie można szukać dziury w całym. Też potencjalna krytyka Wszołka za sprokurowanie rzutu karnego jest nie na miejscu. Przypomnieć warto sobie mecz w Pucharze Polski, kiedy Paweł Wszołek sfaulował Pietuszewskiego w polu karnym. Wówczas przed jedenastką Wojskowych uratował VAR, natomiast wczoraj potwierdził on decyzję sędziego z boiska. Wiadomo, były to zupełnie inne sytuacje, ale często w głowie zawodnika wówczas rodzi się myśl – zdążę. Zazwyczaj zawodnik nie zdąża i efektem tego jest wskazanie na wapno przez sędziego.
Legia z meczu na mecz pięknieje w oczach
Nie samą krytyką żyje człowiek. Legia wczoraj zagrała do bólu poprawnie, a momentami nawet bardzo dobrze. Widać z każdym kolejnym meczem, że piłka Legii nie przeszkadza. Czy to w szybkim ataku, czy mozolnym rozgrywaniu ataku pozycyjnego. Oczywiście, jest jeszcze wiele do poprawy, ale kibice z Łazienkowskiej mogą powoli optymistycznie patrzeć w przyszłość. Dali temu wyraz, zawieszając swój strajk ostrzegawczy przed meczem z Banikiem. Choć Edward Iordanescu pracuje przy Łazienkowskiej ledwie miesiąc, może poszczycić się dużym zaufaniem szatni i kibiców.











