Warszawski zespół był bezradny w starciu z Lazio. Gospodarze zagrali naprawdę z dużym spokojem i wygrali 1:0.
Piłkarze obu zespołów postanowili poczekać na spóźnialskich i osoby wracające z pracy. Przez pierwszy kwadrans nie działo się dosłownie nic, więc można było zająć się ostatnimi przygotowaniami do spotkania albo przeglądaniem wyników innych meczów. Warto jednak wspomnieć, że wyjątkowo dobrze, jak na siebie, wyglądała Legia, która nie dała się stłamsić rywalowi. Jednak dwukrotnie po rzutach rożnych w polu karnym Skaby pachniało golem. Ale to goście jako pierwsi stworzyli dobrą sytuację do zdobycia bramki. Radović kapitalnie zagrał do Koseckiego, ten w sytuacji, w której gola musiał strzelić, trafił wprost w bramkarza. Kilka minut później skrzydłowy Legii starał się dokręcić piłkę strzałem w kierunku dalszego słupka, ale niewiele się pomylił.

Po tych kilku obiecujących minutach piłkarze postanowili, że więcej radości kibicom i postronnym obserwatorom nie sprawią. W związku z tym do końca pierwszej połowy oglądaliśmy klepanie piłki pola, które co bardziej optymistyczni eksperci i widzowie nazwaliby „meczem walki”. Nie oszukujmy się jednak, jeśli w przeciągu czterdziestu pięciu minut pada jeden celny strzał, to spotkania na pewno nie można zaliczyć do najciekawszych. Nie licząc strzału Koseckiego, najbardziej zajmującym wydarzeniem było odpalenie rac przez kibiców Legii. Przypomnijmy, że UEFA podjęła decyzję o zamknięciu stadionu i ukaraniu klubu. Ciekawie, czy po dzisiejszym incydencie zaostrzy karę.
Od początku drugiej połowy gospodarze wyraźnie podkręcili tempo. Niestety, skończyło się to golem. Keita ograł na lewej stronie Brozia i Ojamę, wrzucił w pole karne, a tam pojedynek główkowy z Brzyskim wygrał Hernanes, który głową umieścił piłkę w siatce. Legioniści starali się odgryzać, ale wynikało z tego niewiele, bo bardzo dobrze zorganizowani w grze obronnej byli podopieczni Petkovicia. To oni pokazali warszawianom jak powinna wyglądać wzorowa kontra. Właśnie po takiej akcji w słupek trafił Hernanes. Widząc kiepską grę swojego zespołu, Jan Urban postanowił wreszcie przetasować skład i na boisko wpuścić swoje asy, w osobach Kucharczyka i Jodłowca.
Problem w tym, że to wcale nie były asy, nawet nie dziesiątki, a co najwyżej marne siódemki. Jedynym ciągnącym grę Legii był Kosecki, ale nie był on w stanie minąć rywala, podać samemu sobie i jeszcze wykończyć akcję. Swoją sytuację miał też Radović. Serb zamiast uderzać chciał jeszcze nawinąć rywala w polu karnym, co zakończyło się stratą. Nie wierzcie tym, którzy powiedzą Wam, że Legia miała przewagę. Nie, to Lazio się cofnęło i pozwalało gościom na tyle, na ile chcieli pozwalać. Podopieczni Urbana grali jak Barcelona, szkoda tylko, że kilometr od bramki rywala. Natomiast Lazio miało kolejną sytuację do zdobycia gola, kiedy po rzucie rożnym głową uderzał Novarettii. Tym razem bardzo dobrze spisał się Skaba. Ostatecznie Lazio, w pół rezerwowym składzie, grające na 60 procent swoich możliwości, pokonało 1:0 Legię Warszawa.











