Legia Warszawa, pomimo że od 62. minuty grała w dziesiątkę, zdołała pokonać krakowską Wisłę. Widać było dużą zmianę w grze drużyny Deana Klafuricia, która zagrała świetne spotkanie. Dzięki temu legioniści pozostają w grze o mistrzostwo i nadal tracą tylko jeden punkt do prowadzącego w tabeli Lecha Poznań. Problem mają natomiast w Krakowie. Drużyna „Białej Gwiazdy” zupełnie nie potrafiła wykorzystać przewagi jednego zawodnika i trudno było uwierzyć, że to ten sam zespół, który miesiąc wcześniej wygrywał na Łazienkowskiej 2:0.
Dwie różne drużyny
W przekroju całego meczu zdecydowanie lepiej wyglądała Legia. Na papierze wyszła w ustawieniu 4-2-3-1 i w obronie rzeczywiście tak to wyglądało, jednak w ataku płynnie przechodziła do ustawienia 3-5-2 z wahadłowymi Vesoviciem i Hlouskiem, Phillipsem na środku obrony i Kucharczykiem z Niezgodą w ataku. Widać było zdecydowaną zmianę w grze „Wojskowych” w porównaniu do tego, jak prezentowali się za kadencji Romeo Jozaka. Warszawiacy starali się stosować pressing i od razu po odbiorze przechodzić do kontrataku, wykorzystując szybkich: Kucharczyka i Niezgodę. Wychodziło to całkiem nieźle. Udało im się zdominować wiślaków w środku pola, przez co dużo swobody miał Pasquato, często cofający się po piłkę, rozgrywający i biorący ciężar gry na swoje barki. Mecz wyglądał zupełnie inaczej niż ten sprzed miesiąca na Łazienkowskiej. Wisła, spychana do obrony, nie mogła znaleźć swojego miejsca w środku pola. Nie radziła sobie także z prostopadłymi podaniami legionistów za plecy obrońców i tylko dzięki dużej niedokładności podopiecznych Deana Klafuricia, nie straciła w ten sposób bramki.
Wiślacy zostali osłabieni już w ósmej minucie meczu, gdy z boiska musiał zejść Matej Palcić, którego zmienił Słoweniec Martin Kostal. Mocno wpłynęło to na ich postawę na boisku, ponieważ byli zmuszeni grać skrzydłami, a ofensywnie grający prawy obrońca na pewno by im w tym pomógł. Zespół Joana Carrillo trochę przestał pierwszą połowę. Wiślacy byli bardzo statyczni w obronie, rzadko udawało im się atakować.
Pierwsze poważniejsze zagrożenie pojawiło się co prawda ze strony Wisły w 14. minucie. Prostopadłe zagranie od Arsenicia otrzymał Imaz, jednak z ostrego kąta uderzył obok bramki, świetnie po raz kolejny dysponowanego, Arkadiusza Malarza. Podobna sytuacja miała miejsce chwilę później z drugiej strony boiska, jednak Niezgoda nie trafił po dobrym podaniu od Kucharczyka
Najwięcej zaczęło dziać się dopiero w końcówce pierwszej połowy. Wtedy to trochę dokładniej zaczęła grać Legia. Najpierw w 41. minucie sprzed pola karnego świetnym uderzeniem popisał się „Kuchy King”, jednak piłka uderzyła w poprzeczkę. Dwie minuty później, jednak już celnie, z podobnej odległości co Kucharczyk, uderzył po uprzednim oszukaniu dwóch defensorów rywala, Cristian Pasquato. Była to druga bramka w tym sezonie ekstraklasy włoskiego pomocnika.
https://twitter.com/HubertMichno/status/988096412272484357
W doliczonym czasie gry próbował jeszcze Carlitos, jednak świetnie w dalszym ciągu spisywał się Malarz.
Patrząc na pierwszą połowę, trudno było uwierzyć, że to te same drużyny, które mierzyły się ze soba niedawno w Warszawie. Szczególnie dziwiła fatalna postawa Wisły, która zupełnie zdominowana w środku pola, nie potrafiła stworzyć sobie zbyt wielu okazji do strzelenia bramki. Niewidoczny był bohater poprzedniego meczu tych drużyn, czyli Carlitos, którego dobrze pilnowali defensorzy Legii.











