Legia wygrała z FC Midtjylland 1:0 i pozostaje w grze o awans do fazy pucharowej Ligi Europy. Zwycięstwo osiągnięte w męczarniach, wyszarpane, ale właśnie tak, w bólach i pocie czoła, pisze się najpiękniejsze piłkarskie historie. Promyk nadziei wciąż tli się przy Łazienkowskiej 3.
Sporo problemów miał przed meczem o wszystko trener Czerczesow. Eksperymentalne zestawienie linii obrony, Ondrej Duda i Stojan Vranjes jako duet w środku pola. Daleko od oczekiwań, daleko od optymalnego zestawienia wicemistrza Polski.
Mimo wszystko Legia ruszyła z animuszem. Kilka stałych fragmentów gry na początku meczu, które egzekwował Ondrej Duda, nie przyniosły jednak skutku. Przewaga Legii nie podlegała dyskusji. Już w 8. minucie gry stadion eksplodował z radości, gdy piłkę w siatce umieścił Nikolić, jednak bramka nie została uznana, gdyż Węgier był na minimalnym spalonym.
Taki obrót spraw nieco otrzeźwił Duńczyków, którzy zaczęli dłużej utrzymywać się przy piłce. Legioniści cofnęli się do defensywy i oczekiwali na kontraktaki. Szczególnie niebezpieczne okazały się długie wrzuty z autu wykonywane przez Hansena, który raz po raz posyłał piłkę w pole karne Legii niczym za najlepszych lat Tomasz Hajto czy Rory Delap. Po jednym z takich wrzutów piłka o mały włos nie zatrzepotała w siatce, jednak na posterunku był Arkadiusz Malarz.
Legioniści nie ryzykowali pressingu, zacieśnili szyki i konsekwentnie przesuwali za piłką. Przewaga Midtjylland w posiadaniu była bezowocna. Dobrze wyglądał sklecony naprędce środek pola Vranjes-Duda. Zarówno Serb, jak i Słowak zaskakująco dobrze spisywali się w odbiorze piłki, a także nieźle kreowali grę do przodu. Cieszy zwłaszcza rekonesans formy słowackiego pomocnika.
W pierwszej połowie trudno było odnaleźć pierwiastki piłkarskiej klasy, celnych, finezyjnych zagrań było jak na lekarstwo. Nie bójmy się tego stwierdzenia, przez pierwsze pół godziny byliśmy świadkami typowego meczu walki, co było widoczne na boisku, na którym raz po raz pojawiali się masażyści obydwu zespołów. Marazm mógł przerwać Nikolić, który świetnie znalazł się w polu karnym (w końcu za to mu przy Łazienkowskiej płacą), jednak mając piłkę na 11 metrze, po idealnym koźle „złamał piłkę” i kopnął wprost w ręce interweniującego Andersena. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze…
W 35. minucie Igor Lewczuk przypomniał sobie czasy gry w bydgoskim Zawiszy. Doskonale odnalazł się na prawym skrzydle i dośrodkował na głowę Aleksandara Prijovicia, który w stylu godnym „polskiego Ibry” wpakował piłkę do siatki gości, czym zadziwił warszawską społeczność.











