Nie ma znaczenia, że mierzyły się ze sobą drużyny, które są w zupełnie odmiennej sytuacji. Ten mecz miał praktycznie wszystko. Wstrzymanie gry, rzut karny i nieuznana bramka w doliczonym czasie. Emocje do samego końca. Koniec końców Legia wywozi z Legnicy jeden punkt i nie wykorzystuje szansy, która nadarzyła jej się po meczu w Radomiu. Raków Częstochowa może odetchnąć i podziękować Miedzi za walkę z „Wojskowymi”.
Kibice gospodarzy mogą żałować, że ich drużyna nie gra tak co tydzień. W tym meczu prezentowała się nie jak czerwona latarnia ligi, lecz jak rasowy wyjadacz i ekipa, która bije się o znacznie wyższe cele niż utrzymanie.
Bomba Josué ozdobą pierwszej połowy
Mecz ten miał taki przebieg, jakiego każdy się spodziewał. To Legia była w ataku pozycyjnym, była zdecydowanie częściej przy piłce i spychała gospodarzy do defensywy, a ci z kolei liczyli na szczęście przy kontratakach. Widać jednak było w zawodnikach Miedzi niespotykaną wręcz zaciętość i żądzę udowodnienia swojej wartości.
Tak też stało się w 27. minucie. Dominik Hładun dość nonszalancko wymieniał się podaniami z obrońcami, aż w końcu dobiegł do niego Angelo Henriquez, odebrał mu piłkę, podał do Maxime Domingueza, a ten wyprowadził dość nieoczekiwanie swój zespół na prowadzenie. Hładuna dodatkowo zaskoczył lot piłki, odbiła się od ona bowiem nóg Ribeiro i wpadła w kozioł.
Legia doprowadziła do wyrównania w 41. minucie za sprawą Josué. Portugalczyk popisał się fenomenalnym uderzeniem z rzutu wolnego, zaskakując mur Miedzi oraz stojącego w bramce Mateusza Abramowicza. Była to pierwsza bramka Legii z tego stałego fragmentu gry od… sierpnia 2018 roku.
Wulkan emocji po zmianie stron
O ile na pierwszą połowę nie mogliśmy narzekać, o tyle druga odsłona była jeszcze lepsza. W 50. minucie Dimitar Velkovski posyła idealną piłkę w pole karne Legii i Chuca z najbliższej odległości umieścił piłkę w siatce. Następnie Legia napierała, lecz bardzo dobrze radziła sobie w tym spotkaniu defensywa Miedzi.
W okolicach 75. minuty mecz został na kilka minut przerwany, ponieważ kibice Miedzi odpalili fajerwerki oraz race, co w znacznym stopniu ograniczyło widoczność. Sprawiło to doliczenie przez sędziego Damiana Kosa aż 10 minut. Na pięć minut przed końcem spotkania parę chwil wcześniej wpuszczony na boisko Hubert Matynia zagrywa piłkę ręką w polu karnym po dośrodkowaniu Pawła Wszołka. Sytuacja ta budzi kontrowersje, odległość między obydwoma zawodnikami była bowiem nieznaczna. Arbiter po interwencji VAR decyduje się jednak na „jedenastkę”, którą na bramkę zamienił Josué.










