Historia się powtórzyła. Legia Warszawa po bezbramkowym remisie i rzutach karnych okazała się lepsza od Rakowa Częstochowa w spotkaniu o Superpuchar Polski na obiekcie przy ulicy Limanowskiego 83. „Medaliki” jednak szybko podnoszą zwieszone głowy, „Wojskowi” również powstrzymują nadmierną euforię.
Większość zawodników obu drużyn jest świadoma, że to starcie było dopiero wstępem przed poważnymi wyzwaniami, jakie czekają mistrza oraz zdobywcę pucharu tego lata i – miejmy nadzieję – jesienią oraz wiosną. Sobotnie spotkanie uwypukliło zarówno lepsze, jak i gorsze strony Rakowa i Legii. Trzeba je potraktować jako świetny materiał dla sztabów szkoleniowych.
Kontynuujemy rozwój naszego stylu. Idziemy w dobrą stronę. Kosta Runjaić po zwycięstwie w Superpucharze Polski
Unikać nerwowość w tyłach
Wydawać by się mogło, że po meczu zakończonym rezultatem 0:0 nie będziemy mieli zastrzeżeń do defensyw. A jednak poczynania pierwszej linii częstochowian i warszawian są pierwszym elementem, za który możemy zganić obie ekipy. I to nie chodzi stricte o organizację i automatyzmy w trakcie akcji rywala, o ustawienie ani reakcję, bo to funkcjonuje na najwyższym poziomie, ile o rozgrywanie piłki i działanie pod presją. Jeśli mówimy o swobodzie z futbolówką trzyosobowych bloków obronnych, to uwidacznia się ona dopiero za 30.-40. metrem od bramki, gdy pressing przeciwnika ustaje.
Przy grze niskiej wahadłowych i środkowych defensorów Rakowa Częstochowa wraz z Vladanem Kovaceviciem nie zmieniło się nic. Czasami Zoranowi Arseniciowi udaje się wyjść z kryzysowej sytuacji nietuzinkowym wyborem, często rywale nie przystawią się odpowiednio do przechwytu bądź zmiany toru lotu piłki. I co prawda „Czerwono-niebiescy” jeszcze nie zapłacili za zabawy na skraju ryzyka we własnym polu karnym, ale kontynuowanie nonszalanckich i nieprzemyślanych zagrań w końcu może się zemścić, i to dużo boleśniej.
Dużo lepiej należy zabetonować strefę przed własną „szesnastką” na wprost bramki – co tyczy się zarówno Rakowa, jak i Legii. Oba zespoły miały tego wieczoru szczęście, że atakującym albo piłka uciekała spod nóg, albo na nodze nie leżała. Środkowi pomocnicy dali się wyprzedzać zbyt łatwo. W przypadku stołecznych trudno panować nad boczną strefą dwudziestego metra z tylko jednym defensywnym graczem drugiej linii na boisku. Skrzydłowi rywala po zejściach do środka pola mieli za dużą przewagę i przestrzeń do niebezpiecznych ataków.











