Atut własnego boiska ponownie zadziałał. Lechia Gdańsk pokonała aż 5:1 GKS Katowice i odniosła czwarte zwycięstwo w tym sezonie, a trzecie właśnie u siebie. Tym razem los się do nich uśmiechnął podwójnie, gdyż w drugiej połowie rywal ujrzał dwie czerwone kartki, co zdecydowanie ułatwiło grę w ofensywie. Taki triumf może napędzić drużynę, będącą cały czas w trakcie budowy.
Nic nie działa na drużynę tak dobrze, jak przekonujące wysokie zwycięstwo. Lechia Gdańsk doświadczyła tego w piątkowy wieczór, rozbijając u siebie GKS Katowice. Tego dnia spotkały się ze sobą drużyny sąsiadujące w tabeli. Kilka czynników złożyło się jednak na to, że tylko do przerwy wyglądało to na wyrównany mecz.
Po jednym zadanym ciosie
Początek tego starcia był bardzo interesujący i dosyć intensywny. Lechia Gdańsk szybko zdołała objąć prowadzenie i dała wyraźny sygnał, że jest do tego meczu dobrze przygotowana. GKS Katowice jednak był tego wieczoru także w dobrej dyspozycji i zaledwie kilka minut po stracie gola, zdołał doprowadzić do remisu po bardzo składnej akcji. Z dużej chmury pojawił się niestety mały deszcz, ponieważ kolejne fazy pierwszej części gry przyniosły mało sytuacji podbramkowych. Tempo gry nie było co prawda niskie, ale wszystko toczyło się najwięcej w środkowej części boiska.
Duże emocje pojawiły się dopiero tuż przed przerwą, w piątej doliczonej minucie. Po akcji gości, w polu karnym upadł Marcin Wasielewski i arbiter podyktował rzut karny, którego następnie po bardzo długiej analizie VAR anulował. Sytuacja była dosyć komiczna, gdyż już pierwsze powtórki pokazały, że kontaktu tam nie było. Mimo to cała weryfikacja trwała aż pięć minut, ale w końcu decyzja została zmieniona. Protesty zawodników GKS-u Katowice na nic się zdały i remis do przerwy się utrzymał.
Wykluczenia i egzekucja
Było emocjonująco tuż przed przerwą i druga połowa rozpoczęła się też od mocnego uderzenia. No może nie dosłownie, gdyż faulowany przez Shuna Shibatę Jan Biegański dodał nieco od siebie, ale zachował bardzo inteligentnie wiedząc, że rywal ma już na koncie żółtą kartkę. W efekcie japoński pomocnik już w 46. minucie dostał drugą żółtą kartkę i zakończył udział w tym spotkaniu. Gdy Lechia Gdańsk poukładała sobie wszystko na boisku po tym wykluczeniu, zdołała szybko wyjść na jednobramkowe prowadzenie. Ponownie na listę strzelców wpisał się Luis Fernandez, dla którego było to szóste trafienie w sezonie.
Goście posypali się chwilę później, jak bezpośrednią czerwoną kartkę za agresywne wejście w Fernandeza ujrzał Arkadiusz Jędrych. To już całkowicie pogrzebało ich szanse w tym meczu, a Lechia Gdańsk dołożyła jeszcze trzy bramki i ustaliła wynik na 5:1. W doliczonym czasie gry powinna mieć szansę na szóste trafienie, ale sędzia mimo weryfikacji VAR nie podyktował ewidentnego rzutu karnego. Być może nie chciał już dobijać przyjezdnych. Z tego spotkania można wyróżnić dwa trafienia nowego napastnika Tomasa Bobceka. Dla Słowaka były to ważne, pierwsze gole w nowym klubie. 22-latek wykazuje duży potencjał i Lechia Gdańsk może mieć z niego spory pożytek, gdy złapie regularność.











