Obecny sezon ekstraklasy miał być dla podopiecznych Piotra Stokowca rzeczywistym sprawdzianem dla ich ambitnych oczekiwań. Jeszcze nie tak dawno mówiło się, że ekipę Lechii drugi rok z rzędu stać na sprawienie mniejszej bądź większej sensacji. Patrząc jednak na to, jak układają się jej losy w ligowej tabeli, bieżąca edycja rozgrywek nie wypadła tak kolorowo jak poprzednia. Czy Lechia Gdańsk może coś jeszcze wskórać? – odpowiedź na to pytanie poznamy już niebawem.
Faktem jest, że jej ostatnia dyspozycja przypomina nieco rozpędzoną kolejkę górską, która z każdą chwilą zmienia swój bieg i kierunek. Choć najświeższe rezultaty nie należą do najlepszych, to ich osiąganie wiązało się dla gdańszczan z naprawdę trudną sztuką. Drużyna z Trójmiasta zdążyła już przyzwyczaić do kiepskich początków spotkań, po których następowała mniejsza lub większa gonitwa po cenne ligowe zdobycze. Tylko czy takie podejście zapewni „Biało-Zielonym” wyczekiwane podium, a co za tym idzie – grę w europejskich pucharach? Od trzeciego miejsca dzielą ją zaledwie cztery punkty i pięć spotkań, zatem to ostatni dzwonek, by przystąpić do pomyślnej finalizacji sezonu.
Mistrzowska aspiracja, gorsza realizacja – piłkarska jesień Lechii
Po pamiętnym, wyjątkowo udanym i bogatym w wiele zaskakujących zwrotów akcji ubiegłym sezonie nastał okres znacznego obniżenia biało-zielonych lotów. Ekipa z Gdańska wprawdzie w poprzedniej edycji ekstraklasy zdobyła wysokie trzecie miejsce, jednak z przebiegu jej dalszych poczynań niewiele wskazywało na to, by udało się ten dorobek powtórzyć. W letnim transferowym oknie drużynę Stokowca opuściło kilku kluczowych graczy, którzy niegdyś stanowili o sile mocnego nie tak dawno kolektywu. Lechia Gdańsk ostatecznie rozstała się wtedy z takimi zawodnikami, jak: Lukas Haraslin, Daniel Łukasik, Joao Nunes czy Steven Vitoria. Szczególnie dotkliwe okazało się odejście dwóch pierwszych piłkarzy, gdyż przez ostatnie lata odgrywali oni ważną klubową i ligową rolę.
Zarówno reprezentant Słowacji, jak i doświadczony ligowiec byli graczami niezwykle trudnymi do zastąpienia, wszak to oni stanowili trzon zespołu w pamiętnym sezonie (2018/2019). Wobec takiego stanu rzeczy podjęto działania na rzecz znalezienia ich prawowitych następców, co okazało się niezwykle trudne i mało produktywne. Jako piłkarskie alternatywy wybrano najlepszego asystenta ekstraklasy poprzedniego sezonu, Serba Żarko Udovičicia, oraz uzdolnionego, ogranego na polskich boiskach Macieja Gajosa. Roszady te zaowocowały zmiennym szczęściem, gdyż tylko ten drugi, dzięki dobrym występom, stał się jednym z filarów nowo budowanej drużyny. Pierwszy z nich okazał się sporym rozczarowaniem, gdyż już od początku borykał się z szeregiem boiskowych i pozasportowych trudności.
Mimo potencjalnych wzmocnień podopieczni Piotra Stokowca jesienią nie grali już tak dobrze, jak czynili to jeszcze wiosną ubiegłego roku. Grali niezwykle nierówno, gubiąc punkty poprzez remisy (z ŁKS-em, Arką, krakowską Wisłą) oraz porażki (z Rakowem) ze znacznie słabszymi rywalami. Potrafili za to skutecznie zagrażać krajowym potentatom, odnosząc przez to zwycięstwa z takimi drużynami, jak: Lech, Legia czy Piast. Mimo konsekwentnie gromadzonych punktów lokata w tabeli nie była najlepsza i co jakiś czas ulegała mniejszym bądź większym zmianom. Warto tutaj wspomnieć, że na koniec jesiennej rundy rozgrywek Lechia Gdańsk zajmowała niezbyt optymistyczne dla rzeczywistych oczekiwań włodarzy siódme miejsce.













