Podopieczni trenera Dariusza Żurawia przystąpili do tego spotkania w słabszym składzie niż do wcześniejszych. Na ławce usiedli choćby Jakub Moder czy Mikael Ishak. Poznaniacy cudów w tej grupie już nie dokonają – nie oszukujmy się. Dlatego też nie dziwi podejście szkoleniowca, jak i sam wynik. Była to „kontrolowana” przegrana, jeśli można to tak nazwać. Zawsze „Kolejorz” mógł sprawić niespodziankę, ale jednak jasno widać, że siły skupił na ekstraklasowe zmagania. Benfica przypieczętowała awans do fazy pucharowej Ligi Europy, a Lechowi zostało jeszcze jedno spotkanie, na pożegnanie się z europejskimi pucharami w tym sezonie.
Przedostatnia, bo piąta, kolejka rozgrywek grupowych w Lidze Europy nie zaskoczyła w przypadku meczu Lecha z Benficą. Poznaniacy nie byli faworytami w tym spotkaniu. Ale nawet wychodząc w najsilniejszym zestawieniu, nie można by było ich za takich uznać.
Przebudowany skład
Gdy w wyjściowej jedenastce zamiast Ishaka grają Awwad i Kaczarawa, a Modera zastępuje Muhar, to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli na ławce siadają Jakub Kamiński i Dani Ramirez, to raczej nie jest to spowodowane tym, że zmiennicy są od nich lepsi. Jedynie linia obrony pozostała najmniej naruszona. Kręgosłup zespołu nie zmienił się, lecz to zdecydowanie za mało, aby skutecznie powalczyć z wyraźnie lepszą Benficą. Dodatkowo na niekorzyść Lecha w całej tej sytuacji działał fakt, że grał na wyjeździe. Oczywiście w obecnych czasach trudno mówić, że gospodarzom pomogą kibice, bo takowych jeszcze niestety nie ma na stadionach. Bardziej atut własnego, dobrze znanego boiska. Benfica to klasowy zespół, który nawet w odwrotnych okolicznościach, gdy gościł w Poznaniu, potrafił pewnie wygrać (4:2). Tym bardziej u siebie była stawiana w roli faworyta tego starcia. I jak się okazało – słusznie.
Według przewidywań…
…przeważała Benfica. To portugalska drużyna częściej gościła na połowie rywala. Podopieczni trenera Jorge Jesusa byli szybsi, bardziej mobilni, atakowali, naciskali. Lech po odbiorze piłki nie zawsze wiedział, co z nią zrobić. Jego ataki były nieporadne. W początkowych minutach widoczny był Karlo Muhar. Jakby chciał pokazać wszystkim „sympatykom” jego osoby, że się mylili. Niestety, tylko w początkowych. Potem już za bardzo się nie wyróżniał. Zresztą trudno kogokolwiek z Lecha wyróżnić po tym meczu, powiedzieć, że na tle drużyny w całym spotkaniu wyraźnie się wybijał.











