Lech Poznań postanowił być solidarny z czołówką ligi, która jak jeden mąż potraciła punkty w 16. kolejce PKO Ekstraklasy. „Kolejorz” miał na wyciągnięcie ręki wicelidera, ale rozegrał beznadziejny mecz przeciwko Widzewowi, który wiedział po co wybiega na boisko przy Bułgarskiej. Wykonał swój plan w stu procentach i wygrał po raz pierwszy na wyjeździe. W Poznaniu za to powinni się zastanowić, w którą stronę to zmierza.
Do tej pory Lech Poznań był trochę nijaki, ale wygrywał, więc można było przymknąć oko na niektóre spotkania. Wszyscy spodziewali się, że będzie lepiej. Wróci Hotić i Ali Ghanizadeh, zespół złapie rytm i pójdzie jak spłatka. To przyjechał Widzew Łódź i wybił ten plan Lechowi z głowy. W dramatycznych okolicznościach wywiózł z Poznania zwycięstwo i sprawił, że trzeba zacząć wyciągać wnioski. Nie wygląda to najlepiej i chyba czas powiedzieć „nie jest z nami dobrze”. Wynik 1:3, jak i gra mówią wszystko.
Lech Poznań nieprzygotowany do meczu
Przygotowanie taktyczne to coś, o czym mówi się w kontekście Lecha już od dłuższego czasu. W tym przypadku trzeba mieć zastrzeżenia do szefa sztabu szkoleniowego, czyli Johna van den Broma. W poprzednim sezonie można było rozumieć pewne rzeczy, gdyż było naprawdę mało czasu na przygotowanie się pod rywala, czy przyjrzenie się jemu dokładnie. Ale teraz Holender ma co najmniej tydzień na przygotowanie do meczu. Do meczu z Widzewem miał dwa tygodnie. Co wymyślił?
Kompletnie nic. To, co działo się w pierwszej połowie było wręcz nie do pomyślenia. Przyjechał na Bułgarską Widzew Łódź Daniela Myśliwca. Nie ma co ukrywać, że jest to średnia drużyna, ale była po prostu dobrze zorganizowana i wiedziała co ma robić. Myśliwiec po prostu wyjaśnił van den Broma. I nie jest to pierwszy trener, który to zrobił.
Tyle wystarczyło na Lecha. Jeśli w ofensywie Lech jeszcze potrafi coś stworzyć. Nawet jak John van den Brom powie do Velde, Ishaka, Ba Loua, czy Pereiry „chłopaki gramy”, to oni i tak zrobią różnice. Gorzej z defensywą. Żal było patrzeć na to, co się działo pod bramką Mrozka, który był zresztą najjaśniejszą postacią defensywy Lecha. Nie czepialibyśmy się go po tym meczu.
Widzew robił co chciał. Zero asekuracji. Wyglądało to trochę tak, jakby piłkarze „Kolejorza” nie mieli pojęcia jak będzie grać „Czerwona Armia”. Ten oczywiście zaskoczył, ale na Boga. Kto ma więcej jakości? Kto chce walczyć o mistrzostwo? Niestety o tej sferze taktycznej Lecha mówi się zdecydowanie za dużo w ostatnim czasie. Zamiast progresu jest regres w tej materii.











