Lech Poznań rozbił Śląsk Wrocław 4:1, pokazując swoją siłę szczególnie w drugiej połowie spotkania. Wrocławianie dobrze rozpoczęli mecz, ale nie potrafili wykorzystać swoich okazji, za co Kolejorz szybko ich skarcił. Porażka WKS-u uwidoczniła problemy, z którymi klub mierzy się od dłuższego czasu.
Śląsk i Lech z korektami w składach
Śląsk Wrocław przygotował kilka istotnych zmian w pierwszej jedenastce na mecz z Lechem Poznań. Przede wszystkim do gry wrócił kapitan WKS-u, Piotr Samiec Talar, który rozpoczął spotkanie już od pierwszej minuty. Zmiany zaszły również w linii ataku i trener Ante Šimundža postawił na duet z początku sezonu Marjanac – Banaszak. Do wyjściowej jedenastki wrócili także Marc Llinares i Grzegorz Tomasiewicz, którzy w meczu z Wisłą nie przekonali trenera do tego, by wystawił ich od początku. Jedenastka WKS‑u mogła nieco zaskakiwać, ponieważ trener Śląska zdecydował się na inne rozwiązania niż te stosowane w ostatnich meczach. Skład przypominał ten, który oglądaliśmy na początku sezonu. Niewykluczone, że wpływ na takie decyzje miał powrót Samca Talara, który jest jednym z najważniejszych zawodników Śląska Wrocław.
Zmiany w składzie zaszły również w Lechu Poznań. W kadrze meczowej nie znalazł się Allahayr Sayyadmanesh, który podczas przerwy reprezentacyjnej doznał urazu i będzie pauzował przez kilka tygodni. Jego miejsce w składzie zajął Leo Bengtsson, który dopiero odbudowuje formę po kontuzji z początku sezonu. W wyjściowej jedenastce Lecha zabrakło również Patrika Walemarka. Szwedzki skrzydłowy zmagał się z chorobą podczas zgrupowania swojej reprezentacji. Mimo świetnej formy trener Lecha zdecydował, że rozpocznie to spotkanie na ławce rezerwowych. W jego miejsce w wyjściowym składzie znalazł się Robert Gumny. Pozostała część składu Kolejorza nie różni się od tej, którą oglądaliśmy w spotkaniu z Radomiakiem.
Obie ekipy zdecydowały się na zmiany w pierwszej jedenastce po powrocie zawodników ze zgrupowań reprezentacji. W przypadku Śląska Wrocław najważniejszą z nich jest powrót Piotra Samca Talara, na którym trener będzie opierał grę zespołu. W Lechu Poznań zmiany mają natomiast przede wszystkim podłoże taktyczne i mają pomóc drużynie w odniesieniu zwycięstwa we Wrocławiu. Śląsk od kilku lat regularnie urywał punkty Kolejorzowi na własnym stadionie, dlatego mistrzowie Polski szukali nowych rozwiązań, które pozwolą im poprawić ten bilans.
Śląsk grał w piłkę, a goście strzelili gola
Takimi słowami można opisać pierwszą połowę meczu, w której Śląsk mógł się podobać. Wrocławianie bardzo dobrze rozpoczęli spotkanie i często spychali Lecha na własną połowę. Dzięki temu mogli zdobyć gola już na początku meczu po niezłym strzale Tomasiewicza z dystansu, jednak Lis zachował czujność. Przewaga Wrocławian utrzymywała się do około 10. minuty. Później drużyna trenera Frederiksena zaczęła dochodzić do głosu. Nie były to jednak zbyt groźne akcje i poza niebezpiecznym centrostrzałem Gumnego obrońcy Śląska nie mieli zbyt dużo pracy. WKS nadal kreował grę i kilkukrotnie zdołał zagrozić bramce Lecha.
Pierwszą dogodną okazję do strzelenia gola miał Banaszak w 16. minucie spotkania. Mimo dużej siły uderzenia piłka ostatecznie poleciała obok bramki. Jeszcze lepszą okazję Śląsk stworzył w 23. minucie, kiedy Yegor Matsenko otrzymał kapitalne podanie od Piotra Samca Talara. Ukraiński obrońca nie zdołał pokonać bramkarza Lecha Poznań i wynik nadal nie uległ zmianie. Wydawało się, że Lech ma problemy w tym meczu, jednak ostatecznie zdołał wykorzystać moment słabości rywali z Dolnego Śląska. W 31. minucie świetnym rajdem przy linii bocznej popisał się Pablo Rodriguez, który zakończył tę akcję dośrodkowaniem w pole karne. Do piłki dopadł Mateusz Skrzypczak i strącił ją w stronę Filipa Jagiełły. Pomocnik Lecha pewnie wykorzystał swoją szansę strzelając pierwszą bramkę w tym meczu.
Kolejne minuty nie przyniosły nam zbyt wielu sytuacji. Lech dość pewnie kontrolował przebieg spotkania, a Śląsk wyraźnie przeżywał okres słabszej gry. Pierwsza połowa była idealnym przykładem meczu, w którym jedna drużyna gra w piłkę, a druga strzela gola. Lech wykorzystał swoje doświadczenie i wyszedł na prowadzenie na trudnym terenie. Sędzia pokazał w tej części spotkania dwie żółte kartki zawodnikom Kolejorza. Otrzymali je Filip Jagiełło i Michał Gurgul.
Lech gniecie Śląsk
Druga połowa była pokazem siły Lecha Poznań, który zmiażdżył Śląsk. Drugi gol dla Kolejorza padł tuż po przerwie po cierpliwej akcji w wykonaniu Radosława Murawskiego, Joela Pereiry i Pablo Rodrigueza. Hiszpański pomocnik oddał mocny strzał z dystansu, który otarł się o Mariusza Malca i zmienił tor lotu piłki wpadając do bramki. Od tego momentu zespół Ante Šimundžy totalnie się posypał i nijak nie przypominał drużyny z pierwszej połowy. Obie ekipy przeprowadziły zmiany, które okazały się istotne dla dalszego przebiegu meczu. Po stronie Śląska na boisku pojawił się Malay Dembele, który miał okazję do zdobycia bramki kontaktowej. Ostatecznie bardzo dobrą interwencją popisał się Joel Pereira i po tej sytuacji rozpoczął się koncert Lecha Poznań. Jedną z głównych postaci został Patrik Wålemark, który zastąpił Roberta Gumnego.
W 70. minucie szwedzki skrzydłowy otrzymał fenomenalne podanie od Mikaela Ishaka i zamienił je na bramkę. Warto docenić Wålemarka za to jak w dziecinny sposób ograł Mariusza Malca, zdobywając już trzeciego gola dla Lecha Poznań. Nie był to koniec trafień mistrza Polski, bo zaledwie kilka minut później Kolejorz cieszył się z kolejnej bramki. Tym razem na słowa uznania zasługuje Daniel Håkans, który napędził akcję środkiem boiska i zagrał świetne podanie do Wålemarka. Szwed pewnie pokonał Karola Niemczyckiego i we Wrocławiu można było już mówić o pogromie.
Dalsza część meczu była znacznie spokojniejsza, a Lech kontrolował jego przebieg. WKS, mimo całkowitego blamażu, zdołał zdobyć bramkę honorową po rzucie rożnym. Dobre dośrodkowanie Alexa Timossiego Andersona wykorzystał Grzegorz Tomasiewicz, ustalając wynik spotkania na 4:1. Druga połowa była pokazem dominacji Lecha Poznań, ale uwidoczniła również skalę problemów, z którymi Śląsk mierzy się od dłuższego czasu.
Kolejorz udowadnia swoją wielkość, a Śląsk swoje problemy
Ten mecz pokazuje różnicę między dwoma klubami, które znajdują się w zupełnie innym miejscu. Lech Poznań śmiało można nazwać jednym z najmocniejszych klubów w Polsce, i to nie tylko ze względów sportowych. Organizacja w Poznaniu, mimo wielu lat drwin, w końcu wygląda poważnie, a cały klub poszedł w bardzo dobrą stronę. Dodatkowo kadra Lecha jest piekielnie mocna jak na PKO Ekstraklasę i nie można się dziwić temu, że dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski. Szykują się również duże pieniądze za Patrika Wålemarka, który wyrasta na jednego z najlepszych piłkarzy naszej ligi. Wątpię, aby Szwed długo jeszcze pozostał w Poznaniu.
Z drugiej strony mamy Śląsk, który nie wie, czym chce być. Mimo dużych możliwości transferowych jak na Wrocławskie warunki nadal próbuje grać w sposób, który raczej już się nie sprawdza. Luka Marjanac i Przemysław Banaszak prezentują się na poziomie PKO Ekstraklasy tragicznie, a mimo to nadal dostają dużo szans. Adam Ciućka, który ostatnio prezentował się fenomenalnie, siedzi na ławce, a gra Linetty, który nie daje drużynie tyle, ile powinien. Dodatkowo gra obronna WKS-u staje się powoli trudna do opisania w kulturalnych słowach. Śląsk nie miał szczęścia w wielu meczach, jednak nie można wszystkiego zrzucać na pecha. Wrocławianie muszą jak najszybciej poprawić swoją grę, jeśli chcą na dłużej zagościć w naszej lidze.
Zobacz także:
Arka Gdynia przegrywa z Polonią Warszawa
Miał być tylko Hasić, ale i Berte! Cracovia wygrywa z Zagłębiem 3:1











