Mistrzostwo Polski, wspaniała przygoda w europejskich pucharach oraz stagnacja w lidze. Oto Lech Poznań sprzed dziesięciu lat


Wspominamy drużynę Lecha, która na arenie międzynarodowej potrafiła stawić czoła takim zespołom jak Manchester City czy Juventus

28 marca 2020 Mistrzostwo Polski, wspaniała przygoda w europejskich pucharach oraz stagnacja w lidze. Oto Lech Poznań sprzed dziesięciu lat

Najlepsze zespoły w historii polskiego futbolu? W takim sporze wysoko pozycjonowany mógłby być Lech Poznań, który na przełomie pierwszej i drugiej dekady trwającego wieku potrafił walczyć jak równy z równym z drużynami należącymi obecnie do najlepszych na Starym Kontynencie.


Udostępnij na Udostępnij na

Wszechobecna kwarantanna społeczeństwa to dla nas wszystkich bardzo trudny czas, ale tego chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć. Sytuacja nie jest najłatwiejsza także dla kibiców piłki nożnej, niemal wszystkie rozgrywki ligowe w Europie zostały bowiem tymczasowo zawieszone. By zupełnie nie popaść w nudę i nieco oderwać się od bieżących problemów, często oddają się oni karuzeli wspomnień.

Można to zrobić na przykład z nami, w ramach cyklu ostatnimi dniami regularnie przenosimy się bowiem do ciekawych okresów w historii polskiego futbolu. Dziś co prawda cofniemy się w czasie o zaledwie dziesięć lat, ale naszym głównym bohaterem będzie Lech Poznań i jego piękna przygoda w europejskich pucharach.

Co cechowało ten zespół? – Tamten Lech Poznań był niezwykle dobrze zbilansowany. Mocny i silny na każdej pozycji. Bramka? Burić i Kotorowski. Obrona? Tam grały takie tuzy, jak: Djurdjević, Bosacki, Wojtkowiak, Henriquez, Arboleda. Wspaniali zawodnicy, każdy kibic Lecha ma ich w sercu po dziś dzień. Pomoc? Prawdziwym generałem środka pola był wtedy Dimitrije Injac, który świetnie współpracował z trochę niedocenianym Siergiejem Kriwcem. Jeśli do tego dodamy magicznego technika, jakim był Semir Stilić, czy szalejącego na skrzydle Sławomira Peszkę, to mamy jak na polskie warunki kapitalną linię pomocy. A atak? To było królestwo Artjomsa Rudnevsa. I choć nie miał on godnego zmiennika, to w pojedynkę dawał radę i strzelał gole jak szalony – wspomina były redaktor naszego portalu Michał Niklas.

Lech Poznań – przygoda w pucharach

Jak dobrze wrócić do czasów, gdy niezła gra polskich drużyn minimum w fazie grupowej Ligi Europy nie była niczym przesadnie nadzwyczajnym. Choć od tego czasu minęła zaledwie jedna dekada, to piłka klubowa w naszym kraju zaliczyła sporą stagnację, a na obecność polskiej drużyny w wiosennej odsłonie europejskich pucharów czekamy już od blisko czterech lat – ostatnią z nich była warszawska Legia.

„Kolejorz” swoją przygodę na arenie międzynarodowej w sezonie 2010/2011 rozpoczął dość wcześnie, bo już w połowie lipca. Lech Poznań po niezwykle emocjonującym dwumeczu z Interem Baku, którego bezapelacyjnym bohaterem został Krzysztof Kotorowski, zameldował się w 3. rundzie kwalifikacyjnej Champions League, gdzie czekała na niego Sparta Praga.

Zespół z Wielkopolski tanio skóry nie sprzedał, ale w ostatecznym rozrachunku zmuszony był uznać wyższość czeskiego rywala. Lechowi pozostała więc walka o awans do fazy grupowej Ligi Europy. W bezpośrednim pojedynku Lechowi przyszło zmierzyć się z ukraińskim Dnipro (klub został w zeszłym roku rozwiązany). Dwumecz pomiędzy tymi dwoma drużynami zakończył się skromnym zwycięstwem ekipy z Polski, dla której jedynego gola strzelił Manuel Arboleda.

Faza grupowa

Losowanie fazy grupowej dla drużyny Jacka Zielińskiego nie było najbardziej łaskawe, los przydzielił jej bowiem Manchester City, Juventus oraz RB Salzburg. W pierwszej kolejce zmagań Lech Poznań zremisował 3:3 w Turynie z tamtejszym Juventusem. Hat-trickiem dla mistrzów Polski popisał się Artjoms Rudnevs.

Kolejnym rywalem Wielkopolan był RB Salzburg. W meczu przy Bułgarskiej Arboleda znów dał o sobie znać, otwierając wynik na początku drugiej połowy. Lech Poznań jednak nie spuścił z tonu i na kilkanaście minut przed końcem komplet punktów zapewnił mu Sławomir Peszko. „Kolejorzowi” potrzebny był zimny prysznic, a ten nastąpił już w 3. kolejce, w której poznaniacy przegrali na wyjeździe z Manchesterem City, występowali w nim wtedy jeszcze Patrick Vieira oraz Emmanuel Adebayor.

Zawodnicy z Bułgarskiej niewątpliwie byli sfrustrowani i oczekiwali rewanżu na angielskiej drużynie. Do tego doszło już dwa tygodnie później. Tym razem lechici nie pozostawili złudzeń i okazali się lepsi od rywala z Manchesteru. Ozdobą tego spotkania były bramki Injaca oraz Możdżenia.

https://www.youtube.com/watch?v=j-yC2_3uR10

Następnie „Kolejorz” ponownie zremisował z Juventusem i wygrał z Salzburgiem, dzięki czemu zapewnił sobie awans do kolejnej fazy rozgrywek.

Faza pucharowa

W 1/16 finału na Lecha czekał już Sporting Braga. Pierwsze spotkanie pomiędzy tymi zespołami rozegrano przy Bułgarskiej. Tam Lech dość długo miał problem z pokonaniem bramkarza rywali. Sztuka ta udała się dopiero Rudnevsowi na 20 minut przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Do końca wynik już się nie zmienił i piłkarze z Poznania do Portugalii lecieli ze skromną zaliczką.

W Bradze już jednak tak łatwo nie było, konsekwencja i niezła gra portugalskiego zespołu doprowadziły bowiem do wyrzucenia Lecha za burtę Ligi Europy. Tak zakończyła się ta pamiętna przygoda poznaniaków w europejskich pucharach.

Wspaniała przygoda, ale z lekkim niedosytem. Tak można to podsumować najkrócej. Pamiętajmy, że nim Lech zaczął zachwycać w Lidze Europy, to wcześniej były trudne boje eliminacyjne. Lechowi wtedy brakowało przede wszystkim napastnika. Rudnevs przyszedł za późno. Łotysz dołączył do Lecha, kiedy ten odpadł już z eliminacji LM ze Spartą. W eliminacjach Lech nie zachwycał i kiedy trafił do grupy śmierci LE, ludzie bali się kompromitacji. A tymczasem pięknie grający Lech zachwycił wszystkich i wyszedł z tej grupy, o czym doskonale pamiętamy.

Świetnie spisali się też kibice Lecha, którzy dopingowali swój zespół tak wspaniale, że kibice Manchesteru City do dziś „robią Poznań”, czyli wspierają swój zespół tak, jak robili to kibice Lecha. Nie mogę tylko odżałować tej Bragi. Stawką tego dwumeczu była 1/8 finału i starcie z Liverpoolem bądź rewanż ze Spartą Praga (losowanie 1/8 finału odbyło się przed rozstrzygnięciami 1/16 finału). Naprawdę można było wtedy przejść Portugalczyków. Nie mogę odżałować, że nie było wówczas dane Lechowi pojechać na Anfield. A kto wie? Może na Liverpoolu przygoda Lecha by się nie skończyła? – zadaje sobie pytanie cytowany już wcześniej Michał Niklas, redaktor „Radia Uniwersytet”.

Wyniki w lidze poniżej oczekiwań

Żeby nie było tak kolorowo, postawa Lecha Poznań w lidze wówczas często pozostawiała wiele do życzenia. Było to widoczne już od samego początku sezonu, gdyż „Kolejorz” w pierwszych czterech ligowych kolejkach zgromadził na swoim koncie zaledwie pięć punktów. W Poznaniu liczono, że to tylko lekka zadyszka, prawda okazała się jednak nieco inna.

Wyniki z czasem znacząco się nie poprawiły, co skutkowało zmianą trenera na początku listopada 2010 roku. Ławkę drużyny z Wielkopolski opuścił doświadczony Jacek Zieliński. W jego miejsce zatrudniony został Jose Mari Bakero, który wcześniej pracował w Polonii Warszawa.

Las leyendas de La Liga: nieoczywisty członek „Dream Teamu” – Jose Mari Bakero

 

Rezultaty osiągane wówczas przez lechitów nieco się poprawiły, ale w ostatecznym rozrachunku zbyt wielkich korzyści to nie dało, zespół na koniec sezonu uplasował się bowiem dopiero na piątym miejscu w ligowej tabeli, co nie pozwoliło na grę w europejskich pucharach w następnym sezonie. Trofeum nie udało się podnieść się również w Pucharze Polski, gdyż w finale lepsza od Lecha okazała się Legia, która zwyciężyła po rzutach karnych.

Co poszło nie tak? – Cytując klasyka: „Też chciałbym to wiedzieć”. Ludzie mają opory przed mówieniem „nie wiem”, ale ja akurat nie mam z tym problemu. Nie rozumiem, skąd tak wielka dysproporcja pomiędzy Lechem w lidze a Lechem w pucharach. W lidze Lech Poznań był niemal na dnie tabeli, a w pucharach w tym samym czasie stawiał czoła Manchesterowi City czy Juventusowi.

Być może zbyt krótka ławka o tym zdecydowała. Bo o ile pierwszy skład Lecha był silny, o czym wspominałem wcześniej, o tyle na ławce nie było aż tak dużo jakości. Niewykluczone, że piłkarze nie wytrzymywali gry co trzy dni, a rotacje składem odbijały się na wynikach w lidze, bo zmiennicy to jednak nie ten poziom co pierwszy skład. Być może po prostu mecze w Lidze Europy wyzwalały wśród zawodników dodatkową motywację, czego nie dawała liga. To są jednak tylko przypuszczenia, bo prawdę o tamtym sezonie znają jedynie zawodnicy. Choć jeśliby ich o to zapytać, to całkiem możliwe, że również oni wzruszyliby ramionami i nie wiedzieli, jak to sensownie wytłumaczyć – twierdzi Michał Niklas.

Gdzie się podziała tamta drużyna?

Bramkarze

Jasmin Burić – bośniacki bramkarz Lecha opuścił dopiero po zakończeniu ubiegłego sezonu. Jego nowym pracodawcą został izraelski Hapoel Hajfa, w którego barwach rozegrał do tej pory łącznie 29 spotkań.

Krzysztof Kotorowski – bohater wspomnianego wcześniej spotkania z Interem Baku piłkarską karierę zakończył wiosną 2016 roku. Kotorowski zdecydował się jednak zostać w klubie z Wielkopolski, w którym bierze udział w szkoleniu młodych zawodników.

Obrońcy

Manuel Arboleda – był on jednym z tych zawodników, których sympatią darzy się za sam styl bycia. Kolumbijczyk karierę sportową zakończył w 2014 roku, ale nie oznacza to, że piłkarz ma obecnie dużo czasu wolnego. Udziela się on na wielu płaszczyznach – jest na przykład właścicielem jednego z lokalnych klubów.

Ivan Djurdjević – tu chyba nikomu nie trzeba nic wyjaśniać. Kilka lat po zawieszeniu butów na kołek Serb próbował swoich sił na ławce trenerskiej Lecha. Jego przygoda na tym stanowisku niestety dość szybko zakończyła się fiaskiem. Jego nowym pracodawcą został pierwszoligowy Chrobry Głogów, którego do dziś jest szkoleniowcem.

Luis Henriquez – w tamtym pamiętnym sezonie 92-krotny reprezentant Panamy był filarem linii defensywnej zespołu z Poznania. W 2018 roku dość nieoczekiwanie trafił do Polonii Środa Wielkopolska, w której występuje do dnia dzisiejszego.

Marcin Kikut – po zakończeniu przygody z piłką próbował swoich sił w trenerskim fachu. Mimo to obecnie bardziej można nazwać go biznesmenem, jest on bowiem współwłaścicielem dwóch ośrodków turystycznych, znajdujących się w Mielenku oraz Sarbinowie.

Grzegorz Wojtkowiak – okres spędzony przy Bułgarskiej był tak naprawdę dla niego furtką do przygody w zagranicznej piłce. Ta jednak nie należała do najbardziej udanych, trwała bowiem tylko dwa lata. Po tym okresie defensor wrócił na polskie boiska i występował w barwach Lechii Gdańsk. Minionego lata natomiast zdecydował się on na powrót do Poznania i dołączył do rezerw „Kolejorza”.

Hubert Wołąkiewicz – co prawda w Lidze Europy rozegrał on zaledwie kilkadziesiąt minut, ale zawodnikiem siedmiokrotnego mistrza Polski był przez prawie cztery lata. Później występował on w rumuńskiej Astrze Giurgiu, Cracovii oraz Chojniczance. 28 lutego podpisał kontrakt z Widzewem.

Pomocnicy

Dimitrije Injac – co słychać u strzelca jedynego gola dla Lecha w przegranym finale Pucharu Polski przeciwko Legii Warszawa w sezonie 2010/2011? W lipcu 2015 roku zakończył on karierę i obecnie przebywa na zasłużonej piłkarskiej emeryturze.

Semir Stilić – kolejny piłkarz, który kojarzony jest przez większość kibiców śledzących wydarzenia na naszych rodzimych stadionach. Jego ostatnim przystankiem w polskiej piłce była Wisła Płock. Obecnie Bośniak reprezentuje barwy FK Zeljeznicar.

Siergiej Kriwiec – Białorusin również jest graczem, dla którego „Kolejorz” nie był jedyną polską drużyną w karierze. Po opuszczeniu Wielkopolski grał on jeszcze w Wiśle Płock oraz Arce Gdynia. Obecnie pozostaje zawodnikiem Dynama Brest.

Mateusz Możdżeń – po wyjeździe z Wielkopolski pomocnik występował między innymi w Lechii Gdańsk, Podbeskidziu, Koronie Kielce oraz Zagłębiu Sosnowiec. Od ponad pół roku reprezentuje barwy drugoligowego Widzewa Łódź.

Sławomir Peszko – ostatnie dziesięć lat było dla skrzydłowego bardzo intensywne. W tym czasie udało mu się między innymi zagrać w reprezentacji Polski, z którą pojechał na dwie imprezy rangi mistrzowskiej z rzędu. Kilka dni temu kontrakt 35-latka z Lechią został rozwiązany z winy klubu. Obecnie pozostaje on wolnym zawodnikiem.

Napastnicy

Artjoms Rudnevs – niewątpliwie jeden z najlepszych obcokrajowców w historii polskiej ekstraklasy, co potwierdził w sezonie 2011/2012, kiedy to został królem strzelców najwyższej klasy rozgrywkowej. Swoimi świetnymi występami wzbudził zainteresowanie HSV Hamburg. Na niemieckich boiskach spędził on łącznie pięć lat. W 2017 roku był on zmuszony zakończyć karierę, czego przyczyną były problemy osobiste, a konkretniej choroba żony.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze