„To nie kryzys, to rezultat” – te słowa, które wypowiedział przed laty świętej pamięci Stefan Kisielewski, jak ulał pasują do funkcjonowania klubu z ulicy Bułgarskiej 17. Wiele błędnych decyzji podjętych podczas kilku ostatnich okienek transferowych spowodowało, że Lech Poznań stał się dla rywali drużyną łatwą do rozszyfrowania. Efektem takiego stanu rzeczy jest kolejny jesienny kryzys. „Kolejorz” praktycznie co roku na przestrzeni września i października słabo punktuje. Teraz jest podobnie. Ostatnie pięć meczów Lecha to zaledwie jedno zwycięstwo, jeden remis i trzy porażki. Patrząc na terminarz poznaniaków oraz ich formę, wydaje się, że powrót na właściwe tory będzie trudnym zadaniem.
Ataki „Kolejorza” prowadzone są głównie środkiem boiska, gdzie Tiba i Jevtić szukają sposobu na rozmontowanie ekipy przeciwnika. Na początku sezonu świetnie im się to udawało. Ich współpraca wyglądała obiecująco. Sęk w tym, że wszyscy trenerzy w PKO Ekstraklasie już wiedzą, że wyłączenie z gry Tiby bądź Jevticia powoduje, że Lech Poznań będzie jedynie walił głową w mur.
Podopieczni Dariusza Żurawia nie są w stanie stworzyć zagrożenia skrzydłami, bo żaden skrzydłowy nie jest w dobrej formie. „Kolejorz” ma duże braki w kadrze zespołu. Tak zbudowana drużyna może walczyć o pierwsze miejsce, ale jedynie w grupie spadkowej.
Defensywa wciąż dziurawa
Po letniej „rewolucji” polegającej na nieprzedłużaniu kontraktów z dziesięcioma zawodnikami, którym kończyły się umowy, najważniejsze było wzmocnienie defensywy. Poznaniacy w poprzednim sezonie tracili dużo goli po kuriozalnych błędach defensywy. W związku z tym stolicę Wielkopolski opuściła latem poznańska odpowiedź na Flipa i Flapa, czyli duet Janicki – Vujadinović. Ponadto z klubu odeszli obaj bramkarze, czyli Matus Putnocky i Jasmin Burić. Defensywę trzeba było zbudować na nowo.
Jednakże to nie znaczy, że należało odpuścić wzmocnienia ofensywy, a tak właśnie postąpił zarząd. Przynajmniej jeden skrzydłowy oraz jeden napastnik ściągnięci latem to było absolutne minimum, jeśli Lech Poznań ma naprawdę walczyć o trofea, a nie tylko tę walkę pozorować. Zarząd jednak uznał, że ofensywa, która w poprzednim sezonie spisywała się bardzo przeciętnie (żeby nie powiedzieć słabo jak na standardy Lecha), tym razem nie zawiedzie. Nic bardziej mylnego. Tiba i Jevtić to za mało. Do tej listy można jeszcze dopisać Amarala i Gytkjaera, jednakże ten pierwszy gra w kratkę, a ten drugi dobre mecze przeplata słabymi.
Jeszcze pół biedy, gdyby chociaż defensywne wzmocnienia zespołu okazały się trafione. Jednakże nic z tego. Crnomarković, który dobrze wyglądał w sparingach, nie jest pewnym punktem zespołu. Serb jest poważnie zamieszany w większość bramek, które stracił w tym sezonie Lech Poznań. To trochę taki Vujadinović bis z tą różnicą, że łapie więcej kartek niż Czarnogórzec. W ośmiu ligowych kolejkach Crnomarković już dwukrotnie opuszczał przedwcześnie boisko z czerwoną kartką. W obu przypadkach była to konsekwencja obejrzenia dwóch żółtych kartek.
W przypadku Micky’ego van der Harta sytuacja wygląda podobnie. CV ma naprawdę niezłe jak na standardy naszej ligi. Niektórzy kibice mogli być wręcz zaskoczeni, że nie znalazł pracodawcy w Holandii. Teraz jednak wszyscy widzą, dlaczego żaden klub z Eredivisie nie był nim zainteresowany. Nowy bramkarz „Kolejorza” gra nieźle nogami (choć i to nie zawsze), ale rękami już niekoniecznie.











