Polonia Warszawa wygrała 1:0 z AC Juvenes Dogana w meczu 2. rundy eliminacji Ligi Europejskiej. „Czarne Koszule” stworzyły kilkanaście groźnych sytuacji, ale nie potrafiły udokumentować ich bramkami.
Wyjazd do San Marino był dla Jacka Grembockiego i jego zespołu wielką niewiadomą. Piłkarze z Dogany nie zaskoczyli jednak niczym piłkarzy z Warszawy. Zawodnicy, którzy nie traktują futbolu jako główne źródło zarobku, grali jak amatorzy, a stadion niczym nie różnił się od osiedlowego boiska. W osłupienie nie wprawił kibiców także polski zespół – wydawało się, że „Czarne Koszule” powinny zaaplikować swojemu rywalowi kilkanaście bramek, ale ograniczyły się tylko do skromnego zwycięstwa.
A okazjami bramkowymi z tego spotkania można by obdzielić parę zespołów. Nic nie wskazywało na to, że Polonia zakończy ten mecz z jedną bramką na koncie. Raptem Poloniści wywalczyli pierwszy rzut rożny w tym meczu, już mogli świętować zdobycie gola. Do siatki trafił pozyskany przed tym sezonem ze Znicza Pruszków Daniel Kokosiński. Na kolejną groźną sytuację musieli piłkarze Grembockiego czekać do 16. minuty. Adrian Mierzejewski zamierzał dośrodkować w pole karne rywala, ale nieoczekiwanie zamiast wrzutki byliśmy świadkami niebezpiecznego strzału, który wylądował na słupku. W 31. minucie do piłki w polu karnym dopadł Sargas, ale uderzył wprost w golkipera.
Po przerwie mieliśmy 3 razy więcej okazji dla Polonii, a bramkarz z San Marino 3 razy więcej szczęścia. Festiwal sytuacji strzeleckich zaczął się tuż po rozpoczęciu 2. połowy. Najpierw Majewski uderzył w poprzeczkę, potem strzał Mierzejewskiego wybronił Montanari, a na dokładkę piłka trafiła w spojenie, co mocno zdenerwowało strzelającego Gołębiewskiego. Wszystko to miało miejsce w przeciągu 10 minut. Do końca meczu nie brakowało spięć w polu karnym drużyny z Dogany, ale nie starczyłoby czcionki, by te wszystkie stuprocentowe sytuacje Polonii opisać. Warto odnotować osobliwe zdarzenie, którego pierwszoplanową postacią był Sebastian Przyrowski. Bramkarz Polonii, nie nękany zupełnie przez napastników rywali, aby nieco rozruszać zastałe kości, zaczął kiwać się ze snajperem gospodarzy. Przyrowski wyszedł z tej sytuacji z tarczą, choć nie jest wielkim wyczynem przechytrzenie sprzedawcy bułek. Tak samo trudno cieszyć się z jakże skromnego rezultatu. Poloniści mają jednak niepodważalny argument: zwycięzców się nie sądzi. I na tym poprzestańmy.