Maj 2014 roku. Lizbona. Do przeszłości przechodzi jedna z największych obsesji w ponad stuletniej historii Realu Madryt – La Decima. Wyczekiwana od przeszło dziesięciu lat. Spędzająca sen z powiek całego madridismo. Upragniony puchar Ligi Mistrzów, który stał się dla klubu czymś wręcz nieosiągalnym. Zwycięstwo z Atletico rozpoczęło nowy rozdział na kartach historii „Królewskich”. Triumf z maja tego roku był z kolei swoistym dopełnieniem. Teraz, pod wodzą Zinedine’a Zidane’a, w biurach na Santiago Bernabeu nie ukrywa się faktu, że celem nadrzędnym jest mistrzostwo kraju, którego w stolicy nie posmakowano od sezonu 2011/2012.
Postawiona przez szefostwo portalu teza na ten tekst brzmiała: ile razy jeszcze może potknąć się Real, żeby ziścić swoje marzenie o panowaniu na Półwyspie Iberyjskim. Być może się narażę, ale pozwolę zaryzykować sobie stwierdzenie, że nie tak ona powinna brzmieć. Za nami zaledwie siedem kolejek bieżącej kampanii, a główni kandydaci do mistrzostwa – tj. właśnie Real, Barcelona i Atletico – potracili już punkty w aż trzech kolejkach. Co więcej, Katalończycy dwukrotnie kończyli mecz bez choćby jednego zdobytego punktu. Primera Division stała się w ostatnich latach nieco bardziej konkurencyjna ze względu na obecność w gronie najlepszych Atletico, jednak w dalszym ciągu charakteryzuje się tym, że do końcowego triumfu nie wystarczy 70 czy 75 punktów. Jeśli marzy się o tytule, trzeba być niemal bezbłędnym. A raczej trzeba było być.
Szalony sezon 2006/2007
Real Madryt za czasów Fabio Capello w sezonie 2006/2007 przerwał hegemonię Barcelony i zdobył w końcu upragnione mistrzostwo, kończąc sezon z taką samą, zatrważająco małą wydawałoby się, liczbą punktów co Katalończycy. 76 oczek wystarczyło wówczas do świętowania. W kolejnych sezonach mistrz kraju zdobywał już odpowiednio 85, 87, 99, 96, 100, 100, 90, 94 i 91 punktów. W sezonie 2006/2007 po pierwszych siedmiu kolejkach liderem była Barcelona, która pięć razy wygrała, raz zremisowała i raz przegrała. Real już wtedy tracił do niej dwa oczka, mając na koncie o jeden remis więcej. Podopieczni Capello ścigali Katalończyków praktycznie przez cały sezon, co rusz potykając się nie tylko na tle mocnych rywali, ale przede wszystkim… o własne nogi. Jak bowiem inaczej nazwać takie porażki jak 0:3 u siebie z Recreativo Huelva, 0:1 z Getafe czy 0:2 z Deportivo. Na pierwszy rzut oka fakt ten każe sądzić, że Real nie miał prawa sięgnąć wówczas po tytuł.
Otoczenie „Los Blancos” pozostaje wręcz zastanawiające spokojne po remisach z Las Palmas, Eibarem i Villarrealem. Wokół każdej tego typu straty punktów tworzy się teza, że to właśnie takimi meczami wygrywa się mistrzostwo. Za Fabio Capello sukces stworzony został jednak w spotkaniach z największymi. Przy takiej samej liczbie punktów o mistrzostwie w Hiszpanii decydują bezpośrednie starcia, w których – w tym przypadku z Barceloną – Real wygrał 2:1 u siebie i zremisował 3:3 na Camp Nou, trzykrotnie zresztą dając się dogonić rywalom, których golem w ostatnich minutach uratował wchodzący wówczas na wielkie salony Leo Messi. Dlatego wydaje się, że podobnie może być i teraz. Różnica w La Liga nieco się zaciera, a to wszystko przez natłok meczów i chęć najlepszych do wygrywania absolutnie wszystkich trofeów. Nikt nie ma w głowie odpuszczania Pucharu Króla, każdy celuje w tryplet. Jeśli na koniec obecnej kampanii któraś z drużyn znowu zdobędzie ponad 90 punktów, trzeba będzie uznać to za wydarzenie epokowe. Dlatego też wpadki z Eibarem czy Las Palmas – te najbardziej bolesne – nie dały podstaw do paniki. Na Bernabeu w pełni zaufano Zidane’owi, który ma wśród zawodników chyba jeszcze większych posłuch niż Carlo Ancelotti.











