Losy piłkarzy bywają naprawdę intrygujące. Kto by pomyślał, że Michał Kopczyński, całkiem niedawno występujący w pierwszym składzie Legii przeciwko Realowi, trafi na wypożyczenie do klubu z Nowej Zelandii. I, co jeszcze ciekawsze, spotka się tam z innym Polakiem, Filipem Kurtą.
Kurtę niektórzy mogą pamiętać jeszcze z czasów jego pobytu w Wiśle Kraków. Trafił tam jako utalentowany, 18-letni bramkarz Promienia Opalenicy. Przyjrzyjmy się więc, jak potoczyły się losy tego zawodnika, że ostatecznie wylądował w tak egzotycznym dla polskich kibiców klubie jak Wellington Phoenix FC.
Nieopierzony mistrz i smak porażki
Wychowanek Naków Olsztyn w „Białej Gwieździe” kariery nie zrobił, przez trzy sezony wystąpił w zaledwie dwóch spotkaniach. Mistrzostwo 2010/2011 może jednak zaliczyć na swoje konto, gdyż to właśnie w nim zdołał dwukrotnie pojawić się na boisku.
Po trzech latach Kurto postanowił spróbować swoich sił za granicą. Był to dość zaskakujący ruch jak na 22-latka bez większego doświadczenia. Trafił do holenderskiej Eredivise, do bijącej się o utrzymanie Rody Kerkrade. Mimo wszystko holenderski klub postanowił zaufać nieopierzonemu bramkarzowi i niemal od początku na niego stawiał.
Między słupkami wiodło mu się różnie, ale mimo to przez dwa sezony był podstawowym bramkarzem, wystąpił w aż 65 spotkaniach. Holenderskie ligi należą do specyficznych, poziom defensywy jest tam bardzo niski, toteż Polak wpuszczał tam mnóstwo bramek. Zdarzały mu się zresztą spektakularne wpadki:
Tu akurat wyszło dość komicznie, ale bywało też i tragicznie
Koniec końców w swoim drugim sezonie na obczyźnie Polak poznał prawdziwy smak porażki. Roda zleciała do niższej ligi, a jego samego wymieniano jako jedną z przyczyn spadku tej drużyny. Niemniej Kurto wyrobił sobie pewną markę w Holandii i pomimo relegacji Rody do Eerste Divise z jego usług postanowił skorzystać FC Dordrecht. Tam polski bramkarz również przeplatał świetne występy z kompromitującymi wpadkami. Koniec końców i z Dordrechtem zleciał z najwyższej ligi.
Holenderska stagnacja i zaskakująca zmiana
Następny klub, do jakiego trafił, to Excelsior Rotterdam. I tu można było mieć nadzieję, że wreszcie Kurto przeszedł do nieco silniejszego zespołu, z solidniejszą defensywą. W tej ekipie nie był już jednak numerem 1 i w ciągu dwóch lat rozegrał zaledwie 11 spotkań (trzeba jednak też dodać, że zmagał się z urazami). Później próbował ratować się powrotem do swojego pierwszego holenderskiego klubu, jednak w Rodzie nie zaliczył już żadnego spotkania.
Łącznie w holenderskiej pierwszej lidze 6-krotny reprezentant Polski U-21 rozegrał 108 spotkań. Bilans przyzwoity jak na pięć lat pobytu, kilka urazów i przede wszystkim na pozycję startową, z jakiej Kurto rozpoczynał swoją przygodę w Holandii.










